niedziela, 28 czerwca 2015

Rozdział Dwudziesty Dziewiąty

Wróciłam do swojego domu, który był miejscem spoczynku kilkunastu wampirów, które zabiłam w czasie, kiedy miałam wyłączone człowieczeństwo. Wzdrygnęłam się na sam widok zmasakrowanych ciał, które wydzielały okropny zapach. Zostawiłam otwarte drzwi i zaczęłam zastanawiać się, co z nimi zrobić. W czasie, kiedy ja byłam zajęta myśleniem, do mieszkania weszła zgrabna szatynka.
- Potrzebna pomoc? - zapytała z uśmiechem, kładąc na czysty kawałek podłogi kilka siatek. Spojrzałam na nie, po czym na dziewczynę, dziwiąc się, że wampirzyca jeszcze nie wyjechała. Westchnęłam, po czym omiotłam spojrzeniem dom.
- Dawaj broń - rozkazałam wystawiając dłoń. Sarah uśmiechnęła się szeroko i wyjęła z siatki worki na martwe ciała. Skąd je miała, tego nie wiedziałam i chyba nawet nie chciałam.

*

Bonnie obudziła się w dziwnie znajomym miejscu. Poznawała kolor ścian i nawet układ mebli. Powoli podniosła się do pozycji siedzącej, od razu dostrzegając na komodzie obok łóżka, bransoletkę. Przetarła oczy, za nim po nią sięgnęła. Założyła ją na nadgarstek, czując jak przepływa przez nią magia. Kiedy się odwracała, aż krzyknęła, jak zobaczyła przed sobą poważnego Kol'a.
- Nie masz nic innego do roboty, tylko mnie straszysz? - zapytała, kiedy połączyła dwa do dwóch. Była w rezydencji Mikaelson'ów, w pokoju Kol'a. Ale zaraz, najmłodszy z Mikaelson'ów poważny? Bennett zaczęła się trochę martwić.
- Właściwie to mam - stwierdził powoli, jakby bojąc się powiedzieć, tego co musiał jej oznajmić. 
- Kol, to nie czas na gierki, co jest? - zapytała zdenerwowana - I gdzie Caroline i Elena, nic im nie jest, co się stało? - zasypała go pytaniami. Spuścił wzrok. Gdyby nie to, że Bonnie była pewno, że to ten sam Pierwotny, stwierdziłaby, że go podmienili.
- Caroline nic nie jest - zaczął, a mulatka czuła jak wielka gula w gardle, nie pozwala jej się odezwać. Spojrzała mu prosto w oczy, kręcąc głową, czując do czego zmierza.
- Nie, nie, nie - powtarzała jak mantrę, czując jak w jej oczach, wzbierały się łzy - Kol, nie, to niemożliwe!
- To zaklęcie to było za dużo - ciągnął i poczuł dziwne ukłucie w sercu. Bolał go widok, cierpiącej dziewczyny, nawet jeśli tak właściwie byli wrogami - Elena nie żyje, Bonnie. Zaklęcie ją wykończyło - powiedział i patrzył jak czarownica na niego patrzy. Zamknęła oczy, ale łzy i tak spływały jej po policzkach. - Przykro mi, Bonnie, naprawdę - dodał trochę ciszej. 
Nastolatka otworzyła oczy, tylko by na niego spojrzeć. To, że w jego oczach zobaczyła szczerość i, że mimo wszystko naprawdę jej współczuł, sprawiło, że coś w niej pękło. W jednej chwili, nie wiedziała czy był to impuls, czy po prostu potrzebowała kogoś na kim mogła by się wypłakać, ale w tej jednej chwili rzuciła się na chłopaka. Nic nie mówili, ona po prostu się w niego wtuliła i zaczęła szlochać. Kol, nie wiedząc co innego zrobić, objął ją. I pozostali tak.

*

Caroline siedziała na kanapie w salonie, u Mikaelson'ów. W jednej chwili usłyszała jak Bonnie mówi coś do Kol'a, jednak blondynka była za bardzo pochłonięta, obserwowaniem Katherine i Elijah. Gdyby nie to, że była wykończona psychicznie, pewnie by się roześmiała. Teraz jedyne, co mogła robić to patrzeć. Nie chciała nawet pojechać do domu, kiedy Rebekah jej to zaproponowała. Wydawała się być nawet na chwilę miła. Caroline wykręciła się, mówiąc, że chce poczekać na Bonnie. 
- Dlaczego jej tak nienawidzisz? - zapytał w końcu Pierwotny. Katherine tylko obróciła wzrok, nie chciała, żeby Elijah wiedział o tym, co się stało wieki temu. Pierwsze, to nie była jego sprawa, a drugie uznałby ją za słabą nastolatkę, potrzebującą pomocy lekarskiej. 
- A dlaczego cię to tak obchodzi? - odpowiedziała pytaniem. Klaus wybrał dobrą chwilę, żeby akurat w tamtej chwilki wejść do salonu. Rozejrzał się, jakby w poszukiwaniu kogoś, aż w końcu, jego wzrok spoczął na Caroline, która nadal patrzyła na zakochaną parę. Ominął ich i podszedł do blondynki, stając jej na drodze.
- Zasłaniasz. Mi. Widok - powiedziała, akcentując każde słowo. Niklaus uniósł do góry jedną brew, po czym ukląkł przed nią. Forbes odwróciła wzrok. 
- Jestem tego świadom - powiedział z małym uśmiechem. 
- To co nas łączy jest sprawą moją i Faith Woodhope - wycedziła Pierce, zwracając znowu uwagę wampirzycy, która ukradkiem patrzyła na Pierwotnego. 
- Ach, wiedziałem, że nasza przyjaciółeczka ma słabość do dzieci, ale nie wiedziałem, że ukradła jedno tobie, Katherine - wtrącił się w końcu Klaus, wywołując zdziwienie swojego rodzeństwa i przerażony wzrok brunetki. 
- To prawda? - zapytał oszołomioną dziewczynę, Elijah. Katherine spojrzała na niego, po czym w mgnieniu oka zniknęła.
- No, jeden problem z głowy - uśmiechnął się Klaus, co inni skwitowali jednym gniewnym spojrzeniem. - Irytowała mnie - wzruszył ramionami.

*

- Jak na kogoś, kto ma wybuchowy temperament, jesteś w tej chwili przerażająco spokojna, Linlie - stwierdził James, siedząc naprzeciwko kobiety, która z zimnym wyrachowaniem. Podniosła niechętnie spojrzenie, które utkwione miała w talerzu przed sobą.
- Wyczuwam złą energię - powiedziała nagle, kręcąc głową i wstając.
- Jesteś Yodą? - zakpił - Wyczuwasz zaburzenia w mocy? - jego uśmiech, znikł tak szybko jak się pojawił, kiedy zgiął się w pół i jęknął.
- James, kochany - uśmiechnęła się słodko - Pamiętasz naszą zabawę, kiedy byliśmy młodsi?
Miałem takie fajne życie, za nim cie poznałem, jęknął w środku.
- Tą, w której zawsze kończyłem w jeziorze Hope Lake? - upewnił się nadal na kolanach. Kobieta zaszła go od tyłu i położyła dłonie na jego barkach.
- Nie zawsze w jeziorze - stwierdziła marszcząc brwi. James uniósł brwi - Czasami kończyłeś w morzu.
- W obu było zimno - mruknął pod nosem.
- Och, a za chwilę możesz skończyć w górze lodowej - uśmiechnęła się szeroko. James pobladł.
Zanotować: Nie zadzieraj z osobnikami płci żeńskiej z rodziny Woodhope.
...Inaczej możesz zamarznąć na śmierć...lub gorzej.


*

Katherine nie mogąc już powstrzymać złości, weszła do najbliższego baru. Spodziewała się totalnej pustki, jednak to co, a raczej kogo zobaczyła, nieźle ją zaskoczyło. Po chwili jednak szoku, przypomniało sobie, kto dzisiaj umarł. Uśmiechnęła się złośliwie i podeszła do baru, siadając koło mężczyzny.
- Ciężka noc? - zapytała słodko, biorąc do reki butelkę najbliższego trunku. Nie spojrzała nawet na etykietkę, tylko od razu zaczęła z niej pić, czując ostry smak napoju, który powoli spływał jej po gardle.
- Oh, zamknij się - warknął brunet i wstał. Już miał wychodzić, kiedy dziewczyna złapała go za nadgarstek.
- Nie bądź taki, Damon - jęknęła, patrząc na niego z wielkim uśmiechem, chociaż jej oczy zdradzały zirytowanie.
- Katherine, Elena nie żyje - powiedział groźnie - Więc radziłbym ci zostawić mnie w ŚWIĘTYM SPOKOJU! - ryknął na nią i odstawił z hukiem szklankę na blat. Pierce przełknęła ślinę i również odłożyła butelkę, tylko, że znacznie ciszej. Za nim się obejrzała, Salvatore'a nie było, a ludzie patrzyli się na nią jak na kosmitkę. Wywróciła oczami, wróciła do picia. Wyglądało na to, że została sama. Jak zwykle zresztą...

*

Stefan siedział razem z Rebekhą w sypialni u niego w hotelu. Nie bardzo przejął się śmiercią Eleny. Nie miał raczej powodu do zmartwień. Nie był z nią blisko, odkąd wybrała jego brata. Za to bardzo interesował się Bonnie i Caroline, a wiedział, że one na pewno bardzo przeżywały śmierć przyjaciółki. Zdecydował jednak, że należą mu się w końcu wakacje i to takie, z kimś komu na nim zależy. Wstał i podszedł do szafy i wyciągnął wielką walizkę, ignorując spojrzenie Rebekhi.
- Co ty robisz? - podeszła do niego i położyła rękę, na jego ramieniu - Pakujesz się? Wyjeżdżasz?
- Tak - odpowiedział, po długiej chwili milczenia, zapinając walizkę i odwracając się w stronę dziewczyny - I możesz jechać ze mną - odpowiedział.
- Gdzie wyjedziemy? Za granicę. Byłam już wszędzie.
- Tak, to prawda - odparł w zamyśleniu - Ale ja nie byłem.
- Stefan... - zaczęła, ale chwyciła swoją torebkę.
- Idziesz? - zapytał przy drzwiach.
Blondynka miała w środku dylemat. Zamiast jednak myśleć, co podpowiadał jej rozum, Rebekah po raz kolejny posłuchała serca, tym razem modląc się, żeby jej nie zawiodło.

*

Caroline i Bonnie wróciły do swojego mieszkania w akademiku. Zastały w nim coś, co je nie tylko zdziwiło, ale także zaniepokoiło. Kiedy z niego wychodziły w środku panował bałagan. Po rozrzucane na ziemi leżały butelki, paczki po czipsach i tym podobne, ale zamiast tego zastały porządek. Podłoga błyszczała, kanapa była odkurzona, podobnie jak reszta mebli w mieszkaniu, a gdzieś w głębi niego można było usłyszeć wolne wdechy i wydechy. Bonnie zatrzasnęła drzwi i spojrzała pytająco na przyjaciółkę, która w odpowiedzi wzruszyła ramionami i mimo iż nie miała ochoty krzyczeć, ani mierzyć się teraz z intruzem, zawołała:
- Halo! Jest tu ktoś?! - możliwe, że takie wołanie zawsze kończy się w horrorze śmiercią, jednak dziewczyny wolały się na tym nie skupiać. Teraz, kiedy Elena nie żyje, musiały wymyślić jakiś sposób, żeby zabić czas.
- Spodziewałam się czegoś więcej - usłyszały z pokoju Bonnie, kobiecy z wyraźnym angielskim akcentem głos. Caroline zamarła, a Bennett spojrzała w stronę otwierających się drzwi od sypialni przyjaciółki - Jakiegoś alarmu, podobno w tych czasach jest na nie moda - stwierdził głos.
- Jeśli zaraz nie wyjedziesz... - blondynka ucięła, kiedy zobaczyła nastolatkę z wyrazem czystego zaciekawienia.
- Kim ty do cholery jesteś? - zapytała czarownica, lustrując dziewczynę od góry do dołu. Miała znajome rysy twarzy, zwłaszcza te zielone oczy, które wpatrywały się w nie jakby się czegoś doszukując. Ubrana była w jeansy, które miały pełno dziur i luźną niebieską bluzkę z napisem "Never Give Up", na nogach miała botki w brązowym kolorze, a na szyi medalik z kryształem. Na środkowym palcu, prawej ręki błyszczał pierścionek z lapis-lazuli. Jej włosy miały kolor tak jasny, że na pierwszy rzut oka, można było stwierdzić, że są białe, kiedy w rzeczywistości były koloru blond.
- Aurora Salvatore, córka Stefana Salvatore, a wy? - zapytała z cwanym uśmieszkiem.
Forbes i Bennett wymieniły się spojrzeniami i obie natychmiast spoważniały. Coś tu było w cholerę, nie tak jak powinno być.

*

Sarah krążyła jeszcze wokoło przez kilka minut, kiedy w końcu opadła na kanapę i spojrzała na mnie, gdyż ja nadal stałam i wpatrywałam się w nicość. W tym roku wydarzyło się więcej niż się spodziewałam. Przyjechałam tu szukać odpowiedzi, czekając, aż w końcu może znajdę to czego szukałam przez te sześćset lat, okazało się, że znalazłam stara kobietę, która podaje się za moją ciotkę i tajemniczych wrogów z którymi trzyma się Nathan - mój dawny wróg. Czy teraz nim był? Nie wiedziałam, ale wolałam się od niego trzymać z daleka. Dystans zawsze był dobry, przynajmniej dla kogoś takiego jak ja i mój ród. Chciałabym się tylko w końcu dowiedzieć, dlaczego Marcel trzymał przede mną sekrety. Rozumiałam, że może chce mnie chronić, ale nie mówienie prawdy, jest właściwie rzeczą, która mnie rani. 
- Faith... - usłyszałam jak dziewczyna wstaje i coś do mnie mówi, więc odwróciłam się w jej stronę i spojrzałam na nią, widząc na jej twarzy przerażenie. Zaraz, przerażenie na twarzy byłej łowczyni? O co tu chodzi? Dowiedziałam się dopiero, kiedy podążyłam  za jej wzrokiem. Ujrzałam jakiegoś mężczyznę, który przypominał mi kogoś. To takie uczucie, kiedy patrzysz na pewną osobę i masz wrażenie, że znasz ją ze zdjęcia.
- Gdzie księga? - zapytał ostro, a ja mimo poważnej sytuacji miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Pierwsze, nie wiedziałam i jaką książkę chodzi, drugie, czy ten gościu musi wyglądać tak strasznie dziwnie znajomo? 
- Mam dużo ksiąg, więc byłoby miło gdybyś się sprecyzował o jaką dokładnie ci chodzi - oznajmiłam uprzejmi, mówiąc jak do małego dziecka. Możliwe, że to go wkurzyło, bo podszedł bliżej i zmierzył mnie wzrokiem. Miałam wrażenie, że zapyta jeszcze raz to samo pytanie, jak to zwykle robią ludzie na filmach, ale tego nie zrobił.
- Nie bądź taka cwana, Woodhope - wycedził przez zęby. Sarah się cofnęła i schowała za mną, prawdopodobnie żeby pozwolić mi rozprawić się z tym intruzem samodzielnie. Potraktowałam to z ulgą, ale byłam też ba tego mężczyznę zła. Dopiero co z Sarą posprzątałyśmy dom i teraz znowu ma być brudny od krwi. Nie fajnie. 
- Słuchaj facet, czego ty chcesz i kto cię przysłał? - zapytałam nie wiedząc jak się do niego zwrócić. Może powinnam po prostu nic nie mówić i potraktować go magią? Nie, lepiej nie. Co ja bym teraz zrobiła dla jednej chwili z Bree. 
- Jeśli nie będziesz współpracować, ucierpisz. Jesteś celem tylko przez długi Marcel'a Gerarda - wyjaśnił zimno i podszedł bliżej, za to ja z Sarą się cofnęłyśmy. Uśmiechnął się pod nosem i jeszcze raz spróbował się przybliżyć, kiedy ja korzystając z tego, że byłam przy blacie kuchennym, dyskretnie sięgnęłam po zestaw z nożami, wyciągając z niego jeden. 
- Marcel? O co tutaj chodzi? - zapytałam udając wzburzenie. Przynajmniej teraz będę miała wymówkę, żeby wypytywać go o to, co go tak męczyło.
- Gerard miał oddać nam trzy wampirzyce, uzdolnione - dodał z obrzydliwym uśmiechem - W ramach zapłaty, za jedną z przysług które mu wyświadczyliśmy.
- A jeśli nie zapłaci? - spytałam, mocniej chwytając narzędzie, które miałam w dłoni za plecami. Czułam na sobie przerażony wzrok byłej łowczyni i nie mogłam się powstrzymać i lekko pogładziłam jej wolną dłonią ramie.
- Wtedy weźmiemy ciebie - oblizał usta - W końcu niecodziennie spotyka się hybrydę z rodu Woodhope, zwłaszcza tak... atrakcyjną.
Skrzywiłam z odrazą. Poczekałam aż podejdzie tak, żebym mogła bez problemu patrzeć mu prosto w oczy. Nie zawahałam się ani chwili, kiedy jednym ruchem ręki wbiłam mu nóż w gardło. Mężczyzna chwycił nóż i upadł na kolana, wrzeszcząc z bólu. Wilkołak - poznałam po jego oczach, które nabrały pomarańczowej barwy. Nie zwlekałam ani chwili, tylko walnęłam go mocno w krocze. Jęknął jeszcze głośniej.
- Sprzątałam tu - warknęłam, chwytając Hale i wybiegając z mieszkania.

*

Hello, ludzie. Witam po krótkiej przerwie. Okej, może nie tak krótkiej, ale rozumiecie przekaz, nie? Powracam więc, mimo iż mam wiele innych opowiadań do skończenia. Albo na przykład tych, które zaczęłam kilka tygodni temu... Ale nie oceniajcie mnie, okay? Mam dużo pomysłów i staram się je realizować. Anyways, co myślicie o rozdziale? Zły, dobry, przeciętny, okropny? Heh, wątpię, żebyście w ogóle napisali komentarz, ale co mi tam.
Pozdrawiam i z góry oznajmiam - nie mam pojęcia kiedy dodam kolejny rozdział.
xxJuliaxx

sobota, 30 maja 2015

Rozdział Dwudziesty Ósmy.

Caroline i Bonnie miały wrażenie, że nigdy nie wydostaną się z tego miejsca. Było tam zimno i nie tylko Care umierała...a raczej usychała z głodu, ale też Bennett, która jako człowiek potrzebowała większej ilości jedzenia. Możliwe, że nie wyglądałaby tak, jak wygląda teraz, jednak kiedy Forbes, dłużej się nad tym zastanawiała, doszła do wniosku, że może stało się coś, za nim tu trafiły.
Katherine, najwidoczniej wyłączona z całej tej, milczącej rozmowy, spojrzała na obie dziewczyny z lekkim podziwem. Przez całe życie nie była osobą wierzącą, ale teraz? Co jej pozostawało? Dawno już zauważyła w jaki sposób Kol patrzy na Bennett i zachowanie Klaus'a w stosunku do Forbes, ale nie wierzyła, że przekształci się to w coś bardziej głębokiego. Oczywiście, każdy jest zdolny do miłości. Na przykład ona, chociaż wiedziała, że gdzieś w głębi ta niesamolubna cześć Kateriny wiedziała, że nie zasługuje na bycie kochaną.
Długo siedziały w ciszy, być może dłużej niż wcześniej, ale w końcu w chwili, kiedy Pierce otworzyła usta, drzwi otworzyły się, że skrzypnięciem i do środka weszli, albo bardziej wpadli Kol, Klaus i Elijah. Na widok tego ostatniego Katherine uśmiechnęła się, chociaż jej radość zmyła się, kiedy zauważyła, że cała trójka jest nieprzytomna.
Bonnie ocknęła się i otworzyła leniwie oczy, natychmiast sprawdzając co jest źródłem dźwięku. Oczy dziwnie jej się powiększyły, kiedy zobaczyła Mikaelson'ów nieprzytomnych, leżących na podłodze i bezbronnych.
Caroline gdyby mogła krzyknęłaby na całe gardło jak głupi mogą być czasami Pierwotni, ale powstrzymała się. Spojrzała jednak w stronę nadal otwartych drzwi i zobaczyła w nich nikogo innego, a Mikael'a. Posłał jej złośliwe spojrzenie i wyszedł.

GODZINĘ WCZEŚNIEJ

Klaus i jego bracia dotarli na miejsce i w najmniej oczekiwanym momencie, upadli natychmiast na ziemię. Kol zacisnął zęby, byleby nie krzyknąć z bólu. Spojrzał w kierunku mężczyzny, który posłał jego i resztę na kolana. Szczęka mu opadła, kiedy zobaczył swojego ojca. Nie domyślał się, że aż tak łatwo wpadli w pułapkę. Elijah spojrzał w milczeniu w na Klaus'a i od razu zauważył wyraz jego twarzy. Przepełniony nienawiścią i pogardą, dokładnie takie same odczucia zobaczył na twarzy Mikael'a.
Klaus już miał wstać, mimo bólu, kiedy jego świat zastąpiła nieoczekiwana ciemność. Upadł i ostatnie, co widział, to cwany uśmiech jego przybranego ojca.

*

To nie był pierwszy raz, kiedy czułam się całkowicie sama. Ale pierwszy raz, kiedy kogoś to  w ogóle obchodziło. Linlie usiadła koło mnie i przytuliła, głaszcząc po włosach i szepcząc jakieś słowa w języku, którego właściwie nie znałam, ale niektóre słowa były dziwnie znajome. Kilka minut później, otarłam w końcu wierzchem dłoni oczy i wzięłam głęboki wdech. W tej chwili nie mogłam sobie pozwolić na żadne słabości, musiałam wziąć się w garść. Wstałam i spojrzałam na dwa ciała nadal nieprzytomne. Byłam na siebie zła, że dałam ponieść się emocjom, ale także dumna i dziwnie usatysfakcjonowana, bo Nathan leżał pokonany przeze mnie.
Właściwie, to nie wiem nawet co, ja takiego w nim widziałam.
- Czekaj - nagle coś mi się przypomniało i momentalnie stanęłam jak wryta, przypominając sobie, co zrobiłam kiedy, miałam wyłączone człowieczeństwo - Czy ja czasem nie wysłałam Mikaelson'ów na misję samobójczą?! - wytrzeszczyłam oczy, bo właśnie zdałam sobie sprawę, że to zrobiłam.
Linlie i James tylko spojrzeli na mnie zdziwieni.
- Co? - zapytali jednocześnie.
- Cholera jasna, siedem osób martwych na moim koncie więcej - mruknęłam do siebie, zapominając całkiem o Marcelu i Nathan'ie i wybiegłam z pomieszczenia.

*

Bonnie i Caroline w skupieniu obserwowały, jak mężczyźni zaczynali się budzić. Katherine, która cały czas wzrok miała wbity w ziemię, jakby wewnętrznie z czymś walcząc, natychmiast otrzeźwiała i ubrała swoją codzienną maskę sarkazmu i obojętności. 
- Paczcie, śpiące królewny się obudziły - skwitowała, kiedy ujrzała, że każdy z nich z jękiem, otwiera oczy. Kol, który natychmiast na nią spojrzał i posłał wrogie spojrzenie. 
- Czy ja zawsze muszę mieć takiego pecha, że trafiam do dziewczyn, które mnie nienawidzą? - jęknął jeszcze raz i szturchnął nogą braci, bo ręce miał przywiązane z tyłu do słupa. 
Klaus zamrugał kilkakrotnie, za nim dostrzegł Caroline, która lekko, prawie niewidocznie podniosła kąciki ust do góry. Elijah jakby zapatrzył się w Pierce jak w obrazek, bo nawet nie dostrzegł, kiedy drzwi po raz kolejny się otworzyły i dziewczyny wyraźnie się wzdrygnęły i jakby odruchowo cofnęły. Mikael spojrzał po wszystkich, za nim zwrócił swój wzrok na swoich synów.
- Widzę, że już oprzytomnieliście - uśmiechnął się ironicznie i Kol prychnął, patrząc na Bonnie, która wydawała się jakby nieobecna.
- Jakby cię to obchodziło - syknął Klaus, patrząc na swojego ojczyma spod łba. 
- Och, obchodzi - powiedział, po czym uśmiechnął się do Bonnie - Prawda, Bennett? 
Bonnie miała ochotę powiedzieć mu "wal się", bo w rzeczywistości już dawno wiedziała, co Mikael chciał zrobić, ale nie odezwała się ani słowem, chcąc po prostu się stąd wydostać.
Wszystkie pary oczy zwróciły się na nią i miała wrażenie, jakby miała coś na twarzy.
- Prawda, Mikaelson - warknęła i w odpowiedzi poczuła na sobie jego spojrzenie i kiedy popatrzyła przed siebie, zauważyła, że Kol uśmiecha się pod nosem.
- Podzielisz się z resztą klasy? - zapytała Katherine zniecierpliwiona.
- Pan Psychopata z beznadziejnym fryzem  zamierza połączyć nas z nimi - wskazała głową na Pierwotnych, którzy spojrzeli na nią z zaciekawieniem.
- Dziękuję ci, Bonnie - zaczął z wymuszonym uśmiechem Mikael - A ja myślałem, że jesteś jedną z tych głupich, bezużytecznych wiedźm.
- Uważaj na słowa - warknęła Caroline.
- Jeszcze słowo, a przysięgam zginiesz w męczarniach - wycedził Kol, z przymrużonymi oczami, a Bonnie nie mogła powstrzymać zszokowanego spojrzenia w jego stronę. Mikaelson jednak nie patrzył w jej stronę, ale wpatrywał się w Mikael'a, oczami pełnymi powagi i gniewu. Katherine przez chwilę poczuła się naprawdę dziwnie, patrząc tak na tych dwóch idiotów, którzy nadal ze sobą nie są. Z pewnością Elijah poczuł się tak samo, bo wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Niklaus'em.
- Ach, uwielbiam takie sytuacje - stwierdził i przykucnął koło czarownicy, na co Kol szarpnął rękoma, próbując je wyswobodzić.
- Odejdź od niej - syknął wściekły i Caroline mu zawtórowała, nie kryjąc jadu, jaki można było wyczuć z kilku kilometrów.
- Bonnie Bennett, ta która jakimś cudem zawsze jest tą, która na tym wszystkim cierpi - powiedział z kpiną, patrząc jej w oczy z zamiarem zranienia jej. Bonnie podniosła na niego oczy i mimo iż wiedziała, że mężczyzna mówi to specjalnie, coś w sercu ją zakuła i musiała odwrócić wzrok. Głęboko w sobie mulatka wiedziała, że w jego słowach kryła się ta jedna, okrutna, bolesna prawda.
- Trafiłem w czuły punkt, mam rację? - zapytał i w odpowiedzi dziewczyna zamknęła oczy - Powiedz mi, dlaczego nadal trzymasz ich stronę, kiedy możesz przejść na moją? - zapytał i przez chwilę Bonnie naprawdę się wahała.
- Może dlatego, że jesteś potworem...
- Ja? A oni? - wskazał na Kol'a, Elijah'ę i Klaus'a, przerywając jej - Czym oni różnią się ode mnie? - zapytał i brunetka, nie musiała się nawet wysilać, żeby zdobyć w sobie odpowiedź.
- Tym, że są zdolni do miłości - oznajmiła stanowczo i ostro i nagle zapadła głęboka cisza i Bonnie, spojrzała się wprost na Kol'a, który wpatrywał się w nią z szokiem i niedowierzaniem - A każdy zdolny do miłości, jest wart ocalenia - oświadczyła i przy tym zdaniu, Klaus spojrzał na Caroline, która wpatrywała się w Bonnie, bez słowa.
- Brać ich - oznajmił Mikael wstając i wychodząc z pomieszczenia, za nim jego ludzie zabrali ich do góry.

*

- Faith Woodhope, natychmiast się zatrzymaj! - dobiegł mnie głos Linlie, kiedy stałam już w progu. Zaklęłam pod nosem po łacinie i odwróciłam się w stronę kobiety, która patrzyła na mnie surowym wzrokiem i miałam wrażenie, ze brała lekcję od Bree. Na jej wspomnienie, trochę posmutniałam, ale twardo patrzyłam na szatynkę.
- Tak? - zapytałam i przystępowałam z nogi na nogę, niecierpliwiąc się. Linlie popatrzyła na mnie jeszcze raz, tym razem podchodząc bliżej.
- Nigdzie nie idziesz - oświadczyła stanowczo, a ja przez chwilę tylko mrugałam powiekami. Pochyliłam trochę głowę do przodu.
- Co proszę? - spytałam, bo myślałam, że się przesłyszałam. Ok, rozumiem, kobieta podaje się za moją ciotkę. Rozumiem też, że coś w jej sercu na mój widok jej drgnęło. I rozumiem, że może włączył jej się ten słynny matczyny instynkt, ale według mnie to trochę za późno, żeby bawić się w wielką szczęśliwa rodzinkę.
- Słyszałaś mnie - odpowiedziała, a w jej oczach płonęły wściekłe ogniki i jej oczy przez chwilę wydawały mi się prawie czerwone.
- Och, słyszałam - oznajmiłam, kręcąc głową - I teraz zastanawiam się, co daje ci prawo, do rozkazywania mi.
Gdyby wzrok umiał zabijać, co w przypadku wiedźm jest możliwe, to Bóg mi świadkiem, leżałabym teraz w kostnicy.
- Jestem twoją...
- Ciotką, tak wiem, powtarzasz się - przerwałam jej ostro i odeszłam od niej o krok. - Nie zamierzam tutaj zostawać, kiedy moi przyjaciele są w niebezpieczeństwie - odparłam stanowczo i wytrzymałam jej wzrok.
- To misja samobójcza - oburzyła się - Jeśli to co, mówiłaś to prawda i Mikael Mikaelson rzeczywiście porwał te dziewczyny, to...
- To jestem jedyną osobą, która jest w stanie go powstrzymać - dokończyłam, po raz kolejny przerywając jej w pół zdania - Bo zgaduje, że ci idioci dali się porwać.
- Nie pozwolę ci - odpowiedziała i chociaż głos trochę jej zadrżał, prawie niewyczuwalnie, to wiedziałam, że straciła pewność siebie.
- Trochę za późno, żeby bawić się w dom, nie uważasz? - powiedziałam z taką ilością jadu, że Katherine byłaby ze mnie dumna. Odwróciłam się i po chwili już mnie nie było.

*

- Au! - jęknęła Katherine, która chyba była z nich wszystkich tam najdłużej, kiedy Mikael brutalnie posadził ją na trawie, tak, że klęczała. To samo zrobił z resztą. Słońce powoli zachodziło, ale mimo to Pierce od razu zauważyła, że koło wielkiego kamienia, który stał pośrodku wielkiego kręgu, stała nieruchomo brunetka i Katerina musiała trochę wyostrzyć wzrok, żeby dobrze jej się przyjrzeć.
- Elena! - wykrzyknęła Caroline, kiedy podążyła za wzrokiem Petrovy. Gilbert spojrzała się w ich stronę i tylko posłała smutny uśmiech, za nim odwróciła wzrok. 
Pierwotni tylko na to wszystko patrzyli i chyba liczyli na cud.

*

Nie miałam czasu na rzucanie zaklęcia lokalizującego. Nawet gdybym się na to zdecydowała, to nie zdążyłabym znaleźć Rebekhi, bo jej krew jest potrzebna do zaklęcia. A czas, który z pewnością zawsze będzie mnie nienawidzić mi nie pomagał.
Potrząsnęłam głową, gorączkowo przeszukując w głowie, jakiś innych sposobów. I nagle znalazłam. I był to chyba najbardziej dziwny plan, jaki zdarzyło mi się wymyślić. Wstałam i od razu pognałam tam gdzie prowadziła mnie intuicja, czyli do starego magazynu na drugim końcu miasta.

*

Kiedy tam dotarłam, zakradłam się jak najszybciej do Bonnie, która była najbliżej całego zdarzenia. Mikael rozmawiał z Eleną. Zaraz z Eleną?! Co ona tam robiła? Pokręciłam głową i lekko szturchnęłam łokciem, klęcząc koło niej. Ta, odwróciła się w moja stronę z jakimś przybitym wyrazem twarzy, który od razu zastąpiła ulga. 
- Co ty tu robisz? - syknęła cicho, prawie bezgłośnie. Westchnęłam w duchu i kiwnęłam głową na Klaus'a.
- Jeśli on umrze, Marcel także - powiedziałam szeptem. Bennett spojrzała na mnie dziwnie. Odwróciłam wzrok, patrząc czy nikt jeszcze nie patrzy. Napotkałam twarz osoby, która jeszcze niedawno próbowałam zabić na tysiąc sposobów, oczywiście Klaus musiał mi przeszkodzić. Bo nie miał nic innego do roboty. 
- Elena jest potrzebna do zaklęcia - powiedziała cicho, zaczynając objaśniać mi, o co tutaj chodzi - Mikael zamierza połączyć nas z Pierwotnymi, żeby później zabić. 
- A co z Rebekhą? - zapytałam nie zauważając jej tutaj.
- Myślę, że Mikael uważa, że jest jego jedyną córką, która nie narobiła za wielkiego chaosu - odparła.
- Czyli postanowił ją zostawić w spokoju - mruknęłam do siebie. Zerknęłam jeszcze raz w stronę najstarszego z Mikaelson'ów. Chwyciłam bransoletkę, która miałam na sobie od wieków i wsadziłam delikatnie do jednej z jej dłoni, która miała związaną razem z drugą za plecami. Spojrzała na mnie z zaciekawieniem. Pochyliłam się nad nią i szybko wyszeptałam jej plan, po czym w ostatniej chwili odbiegłam do niej i schowałam się za pobliskim drzewem. 
- No, droga Bonnie - Mikael w końcu podszedł do dziewczyny i brutalnie postawił ją na nogi, chwytając  mocno za ramię. Nastolatka trzymała przedmiot, który ode mnie dostała i zachowywała się normalnie. 
- Jak na kogoś, kto jest tak stary masz zadziwiający brak kultury - stwierdziła Caroline, Katherine musiała parsknąć śmiechem. Mikaelson spiorunował je spojrzeniem, po czym odszedł z mulatka do kamienia, którego wcześniej Bonnie obserwowała. Kiedy już tam stała, spojrzała w stronę Kol'a. Posłała mu uśmiech, którego chłopak nie zrozumiał, ale przestał się wyrywać. 
- Masz, tutaj - wskazał mężczyzna palcem zaklęcie. Bennett zerknęła ukradkiem na mnie, udając, że się zastanawia. Kiwnęłam na nią głową. Wzięła do ręki wyrwaną kartkę i odeszła od wampira, stając koło Eleny. 
"Sanguis Doppelganger Præcipio tibi solvere populum sempiternum vitaeque simul cum conventionali texere vitae"tak powinno brzmieć zaklęcie. Natomiast Bonnie, zamiast je wypowiedzieć, zawahała się. To była moja chwila. Korzystając ze swoich swoich mocy, wtargnęłam do jej umysłu i przekazałam właściwe zaklęcie.
- Doppelganger sanguis, et aqua purgavit lamia praecipio vobis inmortalitatem ferre iubes illam superficiem terrae, et ventus, et in omni terra exigi structura cum vita. - powtarzała jeszcze kilka razy, za nim wiatr się zerwał. Razem z moja mocą, Bennett była prawie tak silna jak ja. Uśmiechnęłam się szeroko, kiedy reszta obecnych spojrzała na Mikaela ze zdziwieniem, bo w tej samej chwili upadł. Wyszłam w końcu z cienia i mówiłam zaklęcie razem z mulatką widziałam, że jest wykończona, ale trzeba było go wykończyć. Drugą ręką machnęłam tak, że więzy, które trzymały wampiry w szachu, zerwały się. Drugą rzeczą jaką później zauważyłam, to, że Elena ledwo trzyma się na nogach. Znikąd w moim ręku pojawił się biały kołek. W wampirzym tempie dopadłam do pierwotnego i bez nawet sekundy zawahania, wbiłam mu kołek w serce. Mężczyzna wrzasnął i upadł, a zaklęcie które cały czas wypowiadałam, jeszcze bardziej wzmocniło moc drewna, sprawiając, że biały dąb zaczął się palić jeszcze mocniej i prawie to po minucie wbicia go.  Kiedy wszystko ucichło, odetchnęłam z ulga, jednak nie na długo, bo kiedy spojrzałam w  stronę młodej czarownicy, ta była o krok od upadku. 
- Bonnie! - krzyknęłam w chwili kiedy, Kol do niej podbiegł i w ostatniej chwili złapał ją zanim upadła. Kątem oka zobaczyłam, że Caroline klęczy nad czyimś ciałem. Katherine za to stała i temu wszystkiemu się przyglądała. W jednej chwili usłyszałam jak ktoś szlocha i dopiero po chwili dotarło do mnie, że była to blond włosa wampirzyca. Niby wszystko było dobrze, ale nadal czułam, że w pewnym sensie była to przegrana.

*

_______________________________
UUPPPSSS.... Nie chciałam tego robić, tak jakoś wyszło. Każda śmierć, niesie za sobą nowe życie - potraktujcie to jako wskazówkę. Jak myślicie, co zrobię? 


sobota, 18 kwietnia 2015

Rozdział Dwudziesty Siódmy

- Co ty tutaj robisz? - zapytałam, opierając się o słup i mierząc ją wzrokiem od góry do dołu. Spojrzała na mnie jak na idiotkę, po czym przejęła wzrokiem po Marcelu, Linlie i mężczyźnie, którego imienia nie znałam.
- Zadałabym to samo pytanie, ale chyba nie muszę - powiedziała z przekąsem, jak zwykle wykazując się swoim stoickim spokojem. Nie miałam pojęcia, dlaczego wróciła akurat teraz. Najchętniej urwałabym jej łeb i zakopała gdzieś w lesie, jednocześnie patrząc na cierpienie mojego byłego przyjaciela, który zdawał się być zakochany w tej wampirzycy.
- A ty kim, do cholery jesteś? - starsza kobieta podeszła do niej i wlepiła w nią wzrok, jednocześnie piorunując wzrokiem mnie i moją minę, która wyrażała tylko jedno zdanie: Nie zbliżaj się do niej.
- Jest moją przyjaciółką - oznajmiła zimno, zakładając ręce na piersi i wchodząc pomiędzy nią a szatynką, która uniosła do góry brwi.
- Okej, nie chcę się wtrącać, ale o co tu w ogóle chodzi? - zapytała Sarah, a jej wzrok ostatecznie pozostał na Nathan'ie, który uśmiechnął się łobuzersko w jej stronę, przyprawiając mnie o mdłości.
- Oni próbują włączyć moje człowieczeństwo, ale jak widzisz marnie im to wychodzi - w końcu się odezwałam po bitwie na wzrok z Linlie, która podawała się za siostrę mojej matki. Do tego oczywiście nie mogłam mieć pewności.
- A wyłączyłaś je z powodu...? - Hale zapytała mnie o to, jakby fakt, że nie mam uczuć w tej chwili, nie był dla niej zaskoczeniem. Linlie uniosła do góry brwi i założyła ręce pod biustem.
- Wróciłaś z jakiegoś konkretnego powodu czy dla Marcela? - zapytałam odchrząkując i omijając podejrzliwy wzrok Nathan'a i Marcel'a, którzy wpatrywali się we mnie jak w jakiś magiczny obrazek, który zaczął się własnie ruszać.
- Wróciłam z powodu śmierci Kylie - oznajmiła, okrążając mnie i stając przede mną. - Rozmawiałam z nią - oznajmiła, patrząc na mnie.
- I co plotkowaliście, jak to jest po drugiej stronie? - warknęłam na nią, na chwilę tracąc kontrolę. Cofnęła się trochę widząc moje żółte tęczówki - Czy może powiedziała ci, że ten pacan na którego robiłaś przed chwilą maślane oczka ją zabił? - syknęłam. Sarah odwróciła się w jego stronę i  zauważyła, że chłopak patrzy centralnie na nie.
- Wiedziałaś? - zapytał, a wszystkie pary oczu skierowały się na niego i mnie.
- O tym, że ją zabiłeś? - spytałam, jakby się zastanawiając - Tak i teraz powiedz mi, skrzywdziłeś jeszcze kogoś na kim mi zależało?
- Myślałam, że wyłączyłaś człowieczeństwo - stwierdziła Sarah, na co ja pokręciłam z politowaniem głową i spojrzałam na chwilę na nią.
- I tak jest - oznajmiłam - Co nie oznacza, że nie mogę wiedzieć co się stało z Leonardo, który magicznie zniknął. Dziwny zbieg okoliczności, że akurat kiedy przybyłam do Nowego Orleanu, prawda?
- Możliwe, że trochę mu się oberwało... - odsunęłam Hale trochę na bok, po czym wyginając rękę w lewo skręciłam chłopakowi kark.
- Przegiąłeś - warknęłam.

*

- Kol? - odezwała się Rebekah, kiedy jej bracia i chłopak wyszli z rezydencji. Zdziwiła się, kiedy zauważyła go siedzącego w salonie i popijającego burbon ze szklanej szklanki. Brat zdawał się na nią za bardzo nie zwracać uwagi. Wynikało to z powodu muzyki grającej w słuchawkach, ustawionej na full w komórce. Dziewczyna pokręciła z politowaniem głową i w wampirzym tempie znalazła się przed nim, pstrykając mu palcami przed oczami. To ostatecznie zwróciło jego uwagę. 
- Czego? - warknął, kiedy wyjął z uszu słuchawki.
- Może grzeczniej - zasugerowała złośliwie, kiedy zdobyła jego całkowitą uwagę. Podniósł na nią wzrok, który gdyby mógł, to by zabijał. Jego siostra zignorowała to i czekała wiedząc, że to jeszcze bardziej go zdenerwuje.
- Droga siostro, czy mogłabyś być tak łaskawa i wyjaśniła mi powód dla którego mnie denerwujesz? - spytał spokojnym głosem, co jeszcze bardziej zdziwiło Rebekhę, chociaż tego nie pokazała. Uśmiechnęła się zamiast tego, przechylając głowę w bok.
- Drogi bracie, powiedziałabym o tobie wszystko, ale nie sądziłam, że jesteś aż tak ślepy - oznajmiła przesłodzonym głosem, po chwili poważnie na niego patrząc. Kol oparł się o oparcie kanapy, odstawiając wcześniej szklankę na stół.
- Skończ te gierki, Bekah nie mam na nie czasu - powiedział ostro, a blondynka uniosła do góry brwi, spoglądając to na niego, to na szklankę whiskey.
- Zastanawiałam się dlaczego jesteś taki inny i co cię tak zmieniło - zaczęła patrząc na niego i jakby lustrując - I nagle zdaje sobie sprawę, że to nie coś, tylko ktoś.
- Bekah... - chciał jej przerwać, ale został uciszony i zignorowany.
- Nie mogłam stwierdzić kto, dopóki nie okazało się, że Bennett zniknęła - ciągnęła, a Mikaelson posłusznie zamilkł, patrząc na nią z uwagą, nie chcąc jej jakoś rozzłościć ciągłym przerywaniem - To przerażenie w twoich oczach, kiedy dowiedziałeś się, że jej nie ma... - spauzowała, chcąc zobaczyć jego reakcję.
- Sugerujesz, że co? Zaprzyjaźniłem się z Bonnie? - prychnął, ale tak jakby nerwowo i jego siostra od razu to zauważyła.
- Że się w niej zakochałeś, ty ślepy idioto - odpowiedziała z wywróceniem oczu i pokręceniem głową - Ja? W Bonnie? - spojrzał na nią, po czym się zaśmiał i próbował wstać, kiedy Rebekah posadziła go od razu z powrotem.
- Nie skończyłam - oznajmiła - Tak, ty! A twoja reakcja, mówi sama za siebie, Kol.
Szatyn potrząsnął głową widząc, że jego siostra nie zamierza tak tego zostawić. Zaczął patrzeć w inną stronę, nie chcąc by siostra widziała jego spojrzenie. Zawahał się, za nim odpowiedział.
- Nawet jeśli - oznajmił - Nadal nie mam pojęcia, po jakie licho mi to mówisz, Bekah. - warknął w końcu.
- Przyznałeś to w końcu - uśmiechnęła się zwycięsko - A mówię ci to dlatego, że osoba na której ci zależy, może być właśnie torturowana, a ty jak taki debil, siedzisz sobie i nic nie robisz.
- Nawet nie wiem. gdzie Nick zniknął - poddał się zrezygnowany. Rebekah uśmiechnęła się.
- Do jedynej osoby, która może wiedzieć kto porwał te dziewczyny - odrzekła i nie minęła chwila, a jego już nie było.

*

Natychmiast odwróciłam się, kiedy usłyszałam, że ktoś wchodzi na dziedziniec. 
- Faith, kochana! - usłyszałam głos Klaus'a  obok którego szli jeszcze Elijah i Stefan. Skrzywiłam się na sam ich widok, po chwili widząc, że młody Kol do nich dołączył. Rzuciłam okiem na Linlie, która mierzyła wzrokiem Mikaelson'ów i na mężczyznę obok, który patrzył na Stefan'a. 
- Jestem zajęta - oznajmiłam niemiło, stając plecami do reszty, gdzie leżał Nathan i Marcel. Klaus zauważył ich ciała i spojrzał na mnie pytająco. 
- Zbytnio nas to nie interesuje - stwierdził Kol, stając koło braci i mierząc mnie wzrokiem. Wydawał się być trochę rozbity z jakiegoś powodu. Uniosłam brwi i spojrzałam na Salvatore'a, który siedział cicho razem z Elijah'ą.  
- Ty, Salvatore - zwróciłam się do Stefana, jednak nie ominęłam wyrazu szoku na twarzy tajemniczego mężczyzny, który stal koło Linlie. Oboje spojrzeli na siebie. - Gdzie Caroline? Miałam jej coś powiedzieć.
- W tej sprawie przychodzimy - odezwał się i stanął naprzeciwko mnie - Zniknęła. - oświadczył. 
Uniosłam do góry brwi i zacmokałam. 
- I przyszliście do mnie całą grupą, bo jedna osoba sobie zniknęła? - zapytałam z niedowierzaniem. 
- Katherine i Bennett też - odezwał się Klaus, odwracając wzrok na dwójkę ludzi stojących kilka metrów dalej. Nikt jednak nie zwracał uwagi na Sarah, która prawdę mówiąc miała ubaw z całej tej sytuacji.
W kilka sekund poskładałam wszystko do kupy i zaśmiałam się, nie wierząc, że Mikaelson'owie są aż tak tępi.
- Myślicie, że powiem wam kto je porwał, bo sami się nie domyślacie - stwierdziłam bardziej niż zapytałam - Jesteście aż tak głupi czy tylko udajecie, bo teraz nie wiem. 
- Przejdziesz do rzeczy? - zapytał Elijah spokojnym tonem. Spiorunowałam go wzrokiem.
- Pomyślmy - zaczęłam - Zniknęła Katherine, którą kocha Elijah a.k.a obrońca uciśnionych, Bennett w której z kolei zakochał się Kol a.k.a walnięty dzieciak i Caroline, która jest obiektem westchnień Klaus'a a.k.a morderczej hybrydy. 
- Sugerujesz, że zostały porwane przez nich? - wtrąciła się Sarah, czytając pomiędzy wersami. 
- Przez osobę, która nienawidzi ich najbardziej - skinęłam głową - Klaus, pomyśl choć trochę, to nie boli. 
Niklaus zrobił kamienną minę i już wiedziałam, że zaszłam mu za skórę. 
- Jeszcze słowo, a twoja głowa wyląduje w koszu na śmieci, za nim zdążysz mrugnąć - powiedział, a ja się uśmiechnęłam.
- Chodzi o Mikael'a - oznajmiłam - Kojarzysz gościa? Nie przepada za wami - oznajmiłam - A teraz wybaczcie, ale mam sprawę do wyjaśnienia - odwróciłam się od nich i wzięłam bez problemu na ramię Nathana, a drugą ręką ciągnęłam Marcel'a, kierując się do środka.

*
Oba nieprzytomne ciała położyłam na podłodze w salonie, sama zasiadając na kanapie i doskonale wiedząc, gdzie jest alkohol, wyjęłam z szafki butelkę i przelałam trunek do szklanej szklanki. Nie zauważyłam nawet, kiedy Linlie weszła razem ze swoim kolegą do pomieszczenia, ponieważ tak bardzo zajęta byłam obmyślaniem sposobu na torturowanie Nathan'a i Marcel'a. W pewnej chwili, jednak ze szklanką z napojem w ręku, zmarszczyłam brwi. Naczynie było kilka centymetrów od moich ust, kiedy moje oczy przyćmiła mgła.
Wróciłam do swojego mieszkania, które wynajmowałam od czasu przyjazdu do Los Angeles. Zrzuciłam z siebie kurtkę, kładąc ją na kanapie i chwytając kubek z jakimś nie zaczętym jeszcze trunkiem. Upiłam jego zawartość, powoli opadając na siedzenie i patrząc przed siebie. Wiedziałam, że nie mogłam albo raczej nie potrafiłam poradzić sobie z wydarzeniami z dzisiejszego wieczora. Coś w klatce piersiowej mnie kuło, kiedy przypominałam sobie jego oczy, przerażone tym co mu zrobiłam. Nienawidził mnie, a właściwie go do tego zmusiłam, bo chociaż bardzo chciałam go mieć przy sobie, postanowiłam, choć raz podjąć słuszną decyzję i pozwolić mu odejść. 
Wiedziałam, że już nigdy go nie zobaczę i to bolało mnie najbardziej. Chciałam zrobić wszystko by zatrzymać to uczucie, żebym już nic nie czuła. Ale w jednej chwili uderzyło do mnie, że to nie jest możliwe chyba, że wyłączyłabym swoje człowieczeństwo. Nie chciałam tego robić. Istniał powód dla którego nie zrobiłam tego wcześniej. 
Odłożyłam szklankę, zamykając oczy i starając się skupić. Nie mogłam stać się gorsza niż jestem teraz, ale przecież istnieje inne wyjście. Zawsze istnieje, nawet jeśli dostrzeżenie go trochę trwa. Przewijałam w swojej głowie różne momenty w swoim życiu, szukając jakiegoś sposobu, czegoś co zastąpiło by moją pustkę w sercu, które przez wieki było skamieniałe. I wreszcie to zauważyłam. 
Pamiętałam, że Bree opowiadała mi kiedyś o tym, co czuje się po stracie czegoś co ceniliśmy nad życie. Opowiadała o tym ze swojej perspektywy i pamiętam, że powiedziała mi, że ludzie mają na to sposób, którego wampiry nigdy nie wykorzystują. Że usuwają z pamięci te okropne wspomnienia, samą swoją wolą i zapominają nawet, że coś takiego się stało, więc jeśli oni potrafili to zrobić będąc człowiekiem, to co stoi na przeszkodzie nieśmiertelnej i potężnej hybrydzie?
Wzięłam kilka wdechów, za nim zamknęłam ponownie oczy i skupiłam się jeszcze bardziej niż przedtem. Przez kilka chwil widziałam ciemność i nie czułam żadnej różnicy. Nic, a nic się nie działo, ale po tych minutach, które wydawały się trwać dłużej niż w rzeczywistości, coś się zmieniło. Coś zniknęło. 
Odłożyłam z hukiem szklankę i tępo się w nią wpatrywałam. Przełknęłam ślinę, próbując w miarę spokojnie oddychać. Nie zauważyłam nawet kiedy, ale Linlie usiadła przede mną na szklanym stole i zaczęła na mnie patrzeć, jednak ja nie chciałam podnieść na nią wzroku. Musiałam stwarzać pozory.
- Czyżbyś sobie o czymś przypomniała? - zapytała z przekąsem, co ja skwitowałam fałszywym prychnięciem i dobrze wiedziałam, że ona wie, że ja udaje,
- Wiedziałaś co się stanie - stwierdziłam, patrząc ukradkiem na moich dwóch kolegów, leżących dalej nieprzytomnie na dywanie.
- Możemy skończyć z tym wszystkim i wrócić do ważniejszych spraw - usłyszałam głos, dochodzący za kobietą.
- Takich jak? - zapytałam, podnosząc wzrok na mężczyznę.
- Takich jak Salvatore'owie - oznajmił, a ja zmarszczyłam brwi patrząc na niego, a po chwili na szatynkę, która dyskretnie się uśmiechnęła.
- Jak się nazywasz? - zapytałam, drżącym głosem, a kobieta wstała i podeszła do mężczyzny, kiwając mu głową.
- Dawniej James Salvatore - spojrzał na kobietę - Teraz James Woodhope.

*

- Nick, uspokój się - rozkazała Rebekah, kiedy jej bracia wrócili do rezydencji. Niklaus niemal wywalił drzwi, kiedy wchodził. Zniszczył też kilka mebli oraz stary wazon z Japonii. Mikaelson zatrzymał się i spojrzał na nią zdenerwowany. - Rozwalanie wszystkiego dookoła nie pomoże ci jej znaleźć. 
- Lepiej pomyśl, gdzie może być - wtrącił ostro Stefan, nadal mając zawieszoną głowę. Salvatore na serio martwił się o Caroline i oczywiście Bonnie, chociaż był pewien, że Kol martwił się o nią najbardziej z nich wszystkich. I szczerze było my trochę z tego powodu wstyd, bo przecież Bennett też była jego przyjaciółką. 
- Myślisz, że... - urwał przez dzwonek telefonu szatyna, który od razu odebrał. Mikaelson'owie spojrzeli na niego, kiedy usłyszeli warknięcie po drugiej stronie. Stefan na daremno próbował uspokoić brata, kiedy ten zaczął na niego przeklinać.
- Jak to zniknęła? - przerwał mu w pewnym momencie i wszyscy rzucili mu pytające spojrzenie - Damon, co masz na myśli, mówiąc, że Elena zniknęła?
- Nie wiem Stefan, może to, że jej nie ma?! - krzyknął i po drugiej stronie wyraźnie było słychać, że ktoś rozbił szkło po drugiej stronie i to wcale nie był dobry znak.
- Więc mamy większy problem niż myślałem - mruknął do siebie, co nie uszło uwadze starszego Salvatore'a.
- Co? - na chwilę się uspokoił i skupił całą swoją uwagę na rozmowie z szatynem. 
- Bonnie, Caroline i Katherine również zniknęły - oznajmił od razu, czekając na jego reakcję. 
- Blondie i mała wiedźma zniknęły? - chciał się upewnić. Kij z Katherine, ale nikt nie będzie mieszał z Forbes i Bennett, przynajmniej nie na jego warcie. Po za tym, gdyby Elena dowiedziała się, że Damon pozwolił by jej przyjaciółki ktoś skrzywdził, byłoby po nim.
- Myślimy, że Mikael je porwał - powiedział w skrócie. Po drugiej stronie nastała chwile ciszy, którą Damon przerwał rzucając butelkę o ścianę. 
- Przecież był martwy. Synalek go zabił, nie? - spytał, na co Klaus się skrzywił nieznacznie, a Stefan tylko rzucił mu przelotne spojrzenie.
- Nie wiemy, gdzie mogą być, a...
- Przygotuj pokój gościnny Stef, przyjeżdżam - i z tym zdaniem się rozłączył. Schował urządzenie do kieszeni jeansów i westchnął. Nie wiedział kompletnie co robić. 

*

- To niemożliwe - powiedziałam po chwili, przyjmując obojętny głos, chociaż nie bardzo mi to wyszło i prawdopodobnie zadrżał mi głos. Linlie spojrzała na mnie z politowaniem, a James z ciekawością. 
- A jednak - oznajmiła z małym wahaniem, wszystko, żeby mnie nie rozdrażnić. - I najwidoczniej pan Black przywrócił ci człowieczeństwo - uśmiechnęła się szeroko i po raz pierwszy znalazłam w niej coś na wzór dobra. 
- Ja go nie kocham - oznajmiłam krótko, na co szatynka uśmiechnęła się z przekąsem i uniosła do góry brwi, wyraźnie mi nie wierząc.
- Tego nie powiedziałam - otworzyłam usta, ale natychmiast je zamknęłam, wiedząc, że dałam się wrobić. Pokręciłam głową, sprowadzając swój wzrok na James'a. 
- Jesteś z rodu Salvatore? - zapytałam, nadal nie mogąc w to w pełni uwierzyć i lekko się tego obawiając. 
- Tak - odpowiedział krótko, a ja westchnęłam. Wstałam i spojrzałam na dwa ciała, nadal leżące nieprzytomnie niemal pod moimi nogami. Odwróciłam wzrok i ponownie wzięłam kilka głębokich wdechów, nagle zdając sobie sprawę, że mam coś do załatwienia.
- No super - stwierdziłam, kładąc ręce na biodrach i spoglądając na Linlie - Jeśli jesteś faktycznie moją...ciotką, dlaczego nie pokazałaś się wcześniej? - zapytałam, na co kobieta wzruszyła ramionami.
- Nie wiedziałam, że istniejesz - odpowiedziała, a ja posłałam jej pytające spojrzenie, które od razu zauważył James.
- Linlie i Eletriss pokłóciły się i straciły kontakt ze sobą, jeszcze za nim się urodziłaś - wyjaśnił krótko, w czasie kiedy ja zmarszczyłam brwi i przełknęłam ślinę, nie wiedząc co dokładnie w tej chwili czuję.
- Eletriss? - zapytałam zauważając, że padło imię, którego nie rozpoznawałam. Obije spojrzeli na mnie i przez chwilę czułam się naprawdę żałośnie. Żałośnie, bezradnie i dziwnie.
- Tak miała na imię twoja matka - oznajmiła cicho, patrząc na mnie uważnie. I nagle coś w tym wzroku mnie ruszyło. Nie wiedziałam czy to przez kolor oczu czy może przez sposób w jaki nam mnie patrzyła, ale w tej chwili już nie mogłam. Wszystkie mury, zapory i inne rzeczy powstrzymujące mnie od złamania się, zniknęły. W jednej chwili zalałam się łzami, nie mogąc już powstrzymać kłębiących się we mnie emocji. Wszystko zwaliło się na mnie jak lawina z gór. Cały ten żal, złość, smutek, bezradność i inne uczucia, które trzymałam w środku, żeby nie zostać zranionym. Nagle to wszystko puściło i zdusiło mnie od środka, nie pozwalając oddychać. Ból był niewyobrażalny, nie potrafiłam przestać łkać i opadłam bezsilnie na kanapę, ciesząc się jednocześnie, że Marcel i Nathan nadal byli nieprzytomni. I nie miałam pojęcia, jak długo tak wstrzymywałam się przed porządnym wypłakaniem się. Pamiętałam jak bardzo wściekła byłam, kiedy zginęli staruszkowie, którzy mnie wychowali, ale w porównaniu z tym co się  na mnie zwaliło, to było nic. Teraz jedyne co mogłam zrobić, to siedzieć na tej kanapie i płakać.

*

Zaraz po rozmowie Stefana z Damon'em, Elijah i Klaus udali się do osobnego pokoju, żeby pomyśleć gdzie czasem może chować się Mikael z dziewczynami. Do tego jeszcze nie mieli pojęcia, po co je w ogóle porywał. To było w tym najgorsze, bo nie mieli pojęcia czy czasem nie pakują się w jakąś pułapkę.
- Musi mieć dużo miejsca - stwierdził Elijah, starając się z całych sił brzmieć choć w połowie tak samo spokojnie, jak to ma w zwyczaju. Jednak nie udało mu się to za bardzo. Kiedy w grę wchodziła Katerina nie potrafił opanować swoich emocji, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że Katherine potrafi o siebie zadbać.
- Może jakiś magazyn? - zaproponował Klaus, chodząc w tą i z powrotem. Podniósł dłoń do czoła i zaczął masować swoje skronie. Po raz pierwszy w życiu czuł się zupełnie bezradnie i to bynajmniej nie szło mu na rękę. Martwił się. Tak, martwił się o Caroline. Wiedział od dłuższego czasu, że darzy ją jakimś silnym uczuciem, ale aż do teraz nie potrafił go opisać. W tej chwili, jednak nie zawracał sobie nim głowy, jedyna rzecz jaka była w tej chwili ważna, to odzyskanie Forbes, a później...później się zobaczy.
- Znając Mikael'a byłoby to za oczywiste - oznajmił Elijah po chwili, jednak za nim ktokolwiek z nich odezwał się ponownie, w progu usłyszeli, że ktoś stłukł coś. A mówiąc ktoś, mieli na myśli Damon'a, który jakimś cudem znalazł się już w rezydencji. Nikt jednak nie pytał jak, nawet jeśli dotarcie do Nowego Orleanu tak szybko było praktycznie niemożliwe.
- Wiem! - wykrzyknęła nagle Rebekah, wchodząc do pokoju w którym przebywali jej bracia. Obaj spojrzeli na nią zaciekawieni, a Niklaus zniecierpliwiony. Blond włosa piękność spojrzała na nich z uwagą.
- Co wiesz? - zapytał, nie cierpiąc czekać na odpowiedź Klaus. Kol, który stanął za siostrą, postanowił się nad nimi zlitować i chociaż sam próbował udawać, że zniknięcie Bonnie na niego nie wpłynęło, to jego oczy zdradzały wszystko.
- Wiemy, gdzie są dziewczyny - oznajmił, po chwili patrząc na blondynkę, po czym na Klaus'a, który jakby się rozpromienił i podszedł do brata - Są w starym domu na granicy miasta. Zgaduje, że w dawnej piwnicy, która...
- ...jest wystarczająco duża żeby pomieścić przynajmniej z dziewięć osób - dokończyła dumnie panna Mikaelson. Nie minęła nawet sekunda, a Klaus zabrał kurtkę, a Elijah swoją marynarkę i razem z Kol'em już ich nie było.

*

_________________________________________________
Czasami Mikaelson'owie stają się lekko porywczy i co później z tego wynika? Nic dobrego. I... Oficjalnie stwierdzam, że Faith odzyskała człowieczeństwo. Wszystko przez głęboko skrywany ból, a nie jakąś tam miłość do Nathan'a... Ona go kocha, tylko jeszcze o tym nie wie, więc shhhhh...! :D
EDIT: heh, nowy szablon. Jak wam się podoba?  Anyways, więc tak, nowy rozdział nie wiem, kiedy. Ale nie traćcie wiary i Niech Moc Będzie Z Wami! 

czwartek, 12 marca 2015

Liebster Blog Awards

DZIĘKUJĘ Z CAŁEGO SERCA VASSILENIE Z BLOGA Abattage

Pies czy kot?
Pies, bo jest lojalny.
Miejsce, w którym chciałabyś/chciałbyś zamieszkać?
Chatka w lesie, najlepiej.
Ulubiony pairing?
Arrow - Olicity (Oliver/Felicity)
The Flash - Iris/Barry
Reign - Kennash (Bash/Kenna)
The Vampire Diaries - Kennett, Kalijah, Klaroline.
The Originals - Kolvina (Kol/Davina)
Jesteś milionerką/em, na co byś wydał kasę?
Nie wiem, właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale myślę, że pomogłabym mamie i przyjaciółce.
Może... Jakiś przyszły zawód?
Pisarka, policjantka, lub bezrobotna. Myślałam tez nad byciem bibliotekarką.
Ulubiona piosenka?
The Script - Hall of Fame
The Script - Flares
Glee - Pretending
Hurts - Unspoken
Ed Sheeren - Give me love
Linkin Park - Numb Encore
Kelly Clarkson - Heartbeat Song
Simon Curtis - Super Psycho Love
Fall Out Boy - Centuries
Nie mogłam się zdecydować :D
Ulubiona książka?
Aktualnie nie mam, ale spodobała mi się szczególnie seria Krąg.
Ulubiony przedmiot w szkole?
Plastyka, Religia, Angielski.
Ulubiona dyscyplina sportowa?
Bieganie
Najbardziej wzruszająca piosenka?
Michael Ortega. On po prostu sprawił, że się popłakałam

NOMINUJE:
1. Wystarczyło jedno spojrzenie.
2.It's time to stop being a victim.

PYTANIA:
1. Ulubiony kolor i dlaczego akurat ten?
2. Skąd czerpiesz pomysły?
3.Czy miałaś kiedyś chwilę, kiedy chciałaś wszystko zakończyć, ale coś cię powstrzymało?
4. Lubisz biżuterię? Jeśli tak, jaką? Jeśli nie, to dlaczego?
5. Wymarzony bodyguard?
6. Pięć najprzystojniejszych według Ciebie chłopaków?
7. Ulubione imię żeńskie i męskie?
8. Do jakich fandomów należysz?
9. Paring, który szczególnie shippujesz?
10. Co sądzisz o Pięćdziesięciu Twarzach Grey'a?

sobota, 7 marca 2015

Rozdział Dwudziesty Szósty

/1404r, Tereny przyszłego Salem/
- Nie możesz prosić mnie, żebym uciekła! - krzyknęła szatynka, stojąc naprzeciwko brunetki, która ze złością huknęła książką o stół. Spojrzała na nią z wyrazem gniewu, jednak nadal stała ze stoickim spokojem.
- Masz rację, nie mogę - przyznała, lekko podwyższonym głosem. Szatynka zmrużyła oczy i uśmiechnęła się, kiedy zobaczyła jej intensywny wzrok, jakby czegoś próbowała. Po chwili zaprzestała swojej czynności i spojrzała na nią z niedowierzaniem. - Co zrobiłaś? - cofnęła się o krok.
- Nie możesz mnie zahipnotyzować, siostrzyczko - uśmiechnęła się, czując jak jej własny gniew dodaje jej energii, którą wyraźnie odczuła kobieta naprzeciwko, patrząc na nią.
- Próbuję ci pomóc! - syknęła ostrzegawczo, na co druga kobieta uniosła wysoko brwi - Moja droga, jestem od ciebie starsza i...
- O pięć minut - przerwała jej ostro - Ale masz rację, Eletriss - wyznała.
- Linlie... - zaczęła przerażona, cofając się i wpadając na stół.
- James jest moim mężem i kocham go - oznajmiła - Nie ucieknę BEZ niego, ucieknę Z nim, a ty nie możesz nic na to poradzić- oświadczyła twardo, ale kiedy odwracając się zauważyła, że jej siostra za nią podąża, wygięła lekko dłoń, sprawiając, że kobieta upadła na kolana.
- Lin...lie - wykrztusiła, patrząc na nią z zauważalnym błaganiem - Nie możesz...zabiją...
- Eletriss, jest coś czego ty nigdy nie zrozumiesz - odpowiedziała jej siostra, nie odwracając się do niej - W tych czasach, miłość jest jedynym powodem do ucieczki. - oznajmiła, wychodząc z chatki i zostawiając nieprzytomną kobietę na podłodze.

*

- Co robisz? - zapytała, kiedy stanął na jej drodze do drzwi. Spojrzał na nią jak na idiotkę, po czym skrzyżował ręce na klatce.
- A co ty robisz? - zapytał, kiedy chciała dotknąć klamki. Wszedł pomiędzy nią, a drzwiami, nie zważając na jej głośne protesty.
- No wiesz, chyba wolno mi wejść do łazienki, nie? - powiedziała z przekąsem, twardo patrząc mu w oczy. Kol jakby rozważał jej zdanie, po chwili dochodząc do wniosku, że nie może jej przecież zabronić wyjść z tego pokoju. Co jak co, ale więźniem to ona zdecydowanie nie była. Odsunął się od drzwi, na znak tego, że może spokojnie wyjść.
Dziewczyna zrobiła to bez wahania, doskonale wiedząc, gdzie znajduje się toaleta, której właściwie nie potrzebowała. Godziny obmyślała plan ucieczki, w końcu wymyślając jeden, łatwy do zrealizowania. Kilka opierało się na skręceniu Mikaelson'owi karku, kilku na proszeniu go o zostawienie jej w spokoju, żaden jednak nie wydawał jej się dobry. Stanęło więc na ucieczce.
Weszła do elegancko urządzonej łazienki, zauważając od razu okno. Wiedząc, że wampir może ją bez problemu usłyszeć, w myślach powiedziała zaklęcie, które wyciszy każdy dźwięk w tym pomieszczeniu. Nie sądziła, że akurat to zaklęcie kiedykolwiek jej się przyda. Jak widać, sprawa z Esther jakoś się przydała.
Po rzuceniu zaklęcia, jak najszybciej otworzyła okno i z ulgą stwierdziła, że nie jest aż tak wysoko. Dobrze, że poszła do toalety, która znajdowała się na dole, a nie do tej na pierwszym piętrze. Wspięła się na parapet, biorąc głęboki wdech. Po chwili wyskoczyła z okna, upadając na trawę i sycząc lekko z bólu. Wstała, otrzepując sukienkę z rozglądając się, natychmiastowo słysząc jakiś  dźwięk za sobą.
Przerażona, pomyślała, że może Kol postanowił wyjść na chwilę na dwór, kiedy jednak odwróciła się, a głos zamarł jej w gardle.
- Mikael - wykrztusiła kiedy odzyskała na chwilę głos. Chciała krzyczeć, kiedy jednak poczuła jego rękę na swoich ustach. Wyrywała się, ale w chwili kiedy umieściła swoją rękę, na jego ramieniu, chcąc odepchnąć jego dłoń, poczuła znajomy zapach. Po chwili, jedne co widziała to ciemność i przerażające zimno.

*

 - Elijah! - zaraz, kiedy pojawił się w progu, Klaus zawołał swojego brata. Wściekły omal nie wyrwał drzwi. Jego brat, razem z siostrą pojawili się w holu, nie wiedząc jaka jest przyczyna, aż tak wielkiego wybuchu ich przyrodniego brata, który wydawał się chcieć ich zabić, choćby wzrokiem.
- Niklaus, może trochę spokojniej? - zasugerował, jak zwykle opanowany w takich sytuacjach, chociaż nadal martwił się o Hayley o dziecko.
- Właśnie - zgodziła się Rebekah - Nasz brat, przyprowadził dziewczynę, po raz pierwszy od tysięcy lat, naszym obowiązkiem jako rodziny jest nieodstraszenie jej - powiedziała, chociaż nie widziała w Bennett nic wyjątkowego, to wiedziała, że ma rację. Ona jako pierwsza zauważyła, że Kol tylko szuka wymówki, żeby znaleźć się jak najbliżej Bonnie.
- Mam to gdzieś - mruknął rozdrażniony ich postawą - Hayley nie jest w ciąży. Nie ze mną przynajmniej - warknął na nich. Oboje rodzeństwa przestało się uśmiechać i stanęło jak wryte na tą wiadomość.
Jako pierwsza z szoku i niemałej złości, że dali się tak wrobić, obudziła się Rebekah patrząc na niego.
- To dlaczego jesteś tak wnerwiony? - zapytała nie rozumiejąc jego gniewu - Powinieneś się cieszyć, w końcu tylko czekałeś na taką okazję - powiedziała wściekła, znowu pozwalając ponieść się emocjom.
- Wszystko byłoby dobrze - powiedział powoli - Gdyby nie to, że jest w ciąży z Tyler'em i... - urwał. Elijah zmarszczył brwi, na chwilę zapominając o zdradzie Hayley, dziewczyny, która według niego zawsze była szczera. Postanowił się nią już więcej nie przejmować. Uciekła z ich życia. Nie było nic pomiędzy. Teraz musiał zająć się swoją rodziną, a nie ścigać kogoś, kto nie jest tego wart. Skierował wzrok na wściekłego brata, zauważając jego zmianę. Było coś czego im nie mówił.
- I... - dopytywała Bekah, również widząc zmianę w jego twarzy. Jeszcze nigdy nie był na kogoś tak wściekły. Oczywiście był porywczy, często się wściekał i Rebekah rozumiała fakt, że Hayley go okłamała i, że jest w ciąży z największym wrogiem jej brata, ale to nadal był większy gniew niż kiedy Klaus dowiedział się, że Rebekah chciała się go pozbyć. Ten gniew był spowodowany nie ciążą, ale czymś innym.
- Zdradził Caroline - oznajmił w końcu - Zranił ją i przespał się z tą kłamliwą wywłoką! - warknął, czując, że ma ochotę w coś uderzyć, zabić kogoś lub coś pomiędzy tym.
- Więc o to chodzi - powiedziała rozumiejąc, w końcu o co chodzi - Jesteś wkurzony, bo zranił Caroline, nie dlatego, że jest z Hayley - powiedziała. Klaus pokręcił głową.
- Niklaus... - zaczął niepewnie, widząc, że na chwilę Klaus się zawahał, po czym zorientował się, że podejmuje jakąś decyzję.
- Muszę go znaleźć - oznajmił, po chwili przypominając sobie słowa Rebekhi - Kogo Kol przyprowadził? - Klaus uspokoił się, choć w środku nadal gotował się od gniewu. Nigdy nie był w tym dobry, ale teraz musiał,
- Bon... - nie zdążył dokończyć, bo do domu wparował Stefan, w dokładnie tej samej chwili co Kol, który zszedł ze schodów. - Stało się coś? - zapytała, przerażonego brata. Dotarło do niej, że Kol nie jest tym samym Kol'em, z którym się bawiła w dzieciństwie, on też się zmienił. Zupełnie tak samo jak Nick.
- Bonnie zniknęła - powiedział szybko, kierując wzrok na Salvatore'a, który zmierzył wzrokiem całą rodzinę.
- Gdzie jest Caroline, Klaus? - warknął, pochodząc do niego, na co on zamarzł. Robiło się coraz to gorzej.
- Co? - zapytał, zapominając o całej złości, teraz był zaniepokojony. Ostatni raz kiedy widział Care, ona siedziała w kawiarni, do której ją zresztą zaprosił, a potem zniknął.
- Nie odbiera moich telefonów - syknął, po chwili patrząc na najmłodszego Mikaelson'a. - Gdzie Bonnie? - zapytał, chcąc jak najszybciej znaleźć przyjaciółkę.
- Zniknęła - powiedział głośno, na tyle, na ile go było stać, w tej chwili. Wszyscy na siebie spojrzeli, nic już nie rozumiejąc.

*

- Au! - syknęła niewyraźnie Caroline, powoli się budząc. Ostatnią rzeczą jaką pamiętała, było wyjście z kawiarni, w której zostawił ją Klaus. Później była sama ciemność, po tym dziwne i nieprzyjemne zimno. Bonnie zaalarmowana tym, że jej przyjaciółka się obudziła, zaczęła mówić.
- Hej! Żyjesz? - zapytała, próbując chociaż trochę samą siebie pocieszyć. Forbes odwróciła głowę w jej stronę, zdezorientowana. Chciała wstać, ale zauważyła, że coś boleśnie, wrzyna jej się w nadgarstki. Spojrzała na swoje ręce, a raczej chciała, bo najwyraźniej miała skute ręce z tyłu, a ona sama siedziała pod rurą.
- Egr... tak - spróbowała się wyszarpać, jednak jej to nie wyszło. Była za bardzo osłabiona na takie rzeczy. - Co się stało, dlaczego tu jesteśmy? - zaczęła ją wypytywać, zauważając, że Bonnie była w tej samej pozycji,co ona. 
- Mikael nas porwał - oznajmiła zmęczonym głosem - Najwidoczniej jesteśmy bardzo cenne - zażartowała, po czym zakaszlnęła. Caroline w jednej chwili poczuła krew.
- Bonnie? Jesteś ranna? - zapytała spanikowana, nie wiedząc co się stało.
- Trochę - oznajmiła - Można powiedzieć, że straciłam trochę krwi - powiedziała, ale można powiedzieć, że był to drugi raz, kiedy się tak czuła. Ostatni raz był, kiedy została porwana przez Sage i Finn'a. 
- Czy Mikael nie powinien być martwy? - zapytała Caroline, opierając zrezygnowana głowę o rurę, przy której siedziała.
- Caroline, teoretycznie jest martwy - powiedziała powoli - Ale tak. Powinien siedzieć po drugiej stronie.
- To dlaczego jest tutaj? - zapytała, ale za nim Bonnie odpowiedziała, drzwi otworzyły się, a obie dziewczyny umilkły widząc, kto wszedł do absurdalnie zimnego miejsca, które przyprawiało je o ciarki. 
- Wasza koleżanka, Davina postanowiła mnie przywrócić do życia- odpowiedział za dziewczynę Mikael, stojąc nad nimi. Caroline prychnęła.
- Dlaczego miałaby to zrobić dla takiego potwora, jak ty? - za nim zdążyła pomyśleć, pożałowała swoich słów. Mikael ukucnął koło niej i chwycił boleśnie jej podbródek.
- Zostaw ją! - krzyknęła ostatkiem sił Bennett, mierząc go wzrokiem. Mikael spojrzał na obie dziewczyny ze wstrętem, ale lekkim podziwem. 
- Muszę przyznać, ze Niklaus i Kol zawsze mieli słabość do walecznych kobiet - oznajmił, odtrącając jej głowę. Obie i Caroline i Bonnie nie zgadzały się z jego opinią. Niby dlaczego miałby to zrobić? 
- Czego do nas chcesz? - warknęła Caroline, widząc, że Bon nie ma już siły na nic. Ledwo utrzymywała się przy świadomości, pewnie miała ochotę odpłynąć i zamknąć oczy.
- Czy to nie oczywiste? - odezwał się głos w ciemności, zwracając ich uwagę. - Jesteśmy przynętą dla Mikaelson'ów odkąd się w was zakochali - ten jad w głosie. Bonnie poznałaby go wszędzie.
- Katherine? - zapytała, a dziewczyna się zaśmiała.
- Miło, że w końcu, mnie zauważyłyście - powiedziała z przekąsem. 
- Już wolałabym umrzeć - mruknęła do siebie Caroline, zaraz kiedy Mikael wyszedł z tego pomieszczenia. 

*
Pewnym krokiem weszłam do znanego mi miejsca, które opuściłam. Rozejrzałam się i stwierdziłam, że Marcel razem z Linlie i tym drugim musieli  zostać w środku budynku. Jednak coś mi nie pasowało.
Ostatnim razem, kiedy tu byłam, razem z nimi był Nathan, co by oznaczało, że jednak w czasie, kiedy Kylie umarła nie zwariowałam. On tam był i bezczelnie mnie obserwował, przez cały ten czas. W jednej chwili wszystko do mnie docierało. Kto zabił Kylie i tego chłopaka. Kto chciał mnie zabić. Kto chciał bym pomyślała sobie, że zwariowałam. Wszystko sprowadzało się do jednej osoby, która powinna pozostać martwa.
Widziałam jak umiera i o ile mi wiadomo, ludzie tak po prostu sobie nie zmartwychwstają. Nic nie trzymało się kupy w tej chwili.
Potrząsnęłam głową zbyt zmieszana by teraz nad tym myśleć. Wszystko szło źle. Powinnam nic nie czuć. Być na to wszystko obojętna, na niego. A zamiast tego, czułam w sercu pewien ucisk, który chciałam usunąć. Usunąć jego z mojego życia. Najwyraźniej było to niemożliwe, bo kilka chwil później, on nagle stanął mi prosto przed nosem. Uniosłam jedną brew do góry, patrząc na niego z politowaniem.
- Ty - sapnęłam zrezygnowana, wypuszczając powietrze z płuc, które jak się okazało wstrzymywałam. Nathan uśmiechnął się w ten swój sposób, który powinien według niego coś mi zrobić.
- Ja - powiedział z łobuzerskim uśmiechem i rękami skrzyżowanymi na piersi. Pokręciłam głową na jego stare nawyki. On się nigdy nie zmieni.
- Jakim cudem żyjesz? - zapytałam prosto z mostu widząc, że zmarszczył czoło patrząc na mnie dziwnie, jakbym nie wiadomo co właśnie powiedziała.
- Dzięki tobie? - zapytał bardziej niż odpowiedział, na co ja go wyśmiałam, energicznie kręcąc głową. Czyli jednak skręcenie karku mogło mu zaszkodzić. Kiedy wreszcie przestałam się śmiać, zobaczyłam, że lustruje mnie wzrokiem.
- Koniec żartów - powiedziałam poważnie, przestając się nawet uśmiechać - Jakim cudem żyjesz? - powtórzyłam pytanie, tym razem akcentując je by mógł je zrozumieć. Nathan na chwile zawiesił na mnie wzrok, jakby nagle sobie coś uświadamiając.
- Nie pamiętasz? - rozplątał ręce, które miał skrzyżowane i spojrzał mi w oczy - Zablokowałaś te wspomnienia, prawda? Nie chciałaś tego pamiętać. - stwierdził.
- Co?! Niczego nie blokowałam! - oburzyłam się, zakładając ręce pod biustem - Coś ci się przewidziało i teraz masz majaki. Zapytam jeszcze raz - powiedziałam wściekła - Jakim.Cudem.Żyjesz?
- Jest tylko jeden sposób żeby się dowiedzieć - uśmiechnął się do siebie, po czym zjechał oczami na moje usta. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na niego wyczekująco, kiedy ten się do mnie przysunął o krok, ja się odsunęłam.
- Co robisz? - zapytałam, kiedy zauważyłam jak na mnie patrzy.
- Potraktuj to jako bajkę, dobrze? Ty będziesz śpiącą królewną, a ja księciem - oznajmił, a ja znowu uniosłam jedną brew do góry, nie rozumiejąc.
- Kiedy śpiąca królewna zapadła w sen, a nie wyłączyła uczucia - powiedziałam - Już lepiej by było z piękną i bestią.
- Więc stworzymy nową bajkę, przywracającą ci wspomnienia - powiedział po chwili namysłu.
- C...? - w jednej chwili znalazła się przy mnie i wbił się w moje usta, trzymając mnie mocno w talii i przyciągając do siebie. Zaskoczona zamarłam, po kilku minutach czując się jak ode mnie odrywa i patrzy na mnie wyczekująco. Nagle wszystko zrobiło się mgliste, a przed oczami powoli migaly mi pojedyncze sceny.

- Co ty robisz? - zapytał zdziwiony, ledwo przytomny, jednak na tyle by móc zobaczyć, że nad czymś się zastanawiam. Spojrzałam w końcu na niego przepraszająco.
- Wiem, że mnie za to znienawidzisz - wyszeptałam, po czym nagryzłam nadgarstek i już przystawiałam mu go do ust, kiedy ostatkiem sił mnie zatrzymał.
- Nie - powiedział - Nie wolno ci - mówił szybko.

Zaczęłam szybciej oddychać, wszystko wokół mnie wirowało. Nathan patrzył na mnie, ale ja nie mogłam go zobaczyć. Wszystko było takie zamglone...

- Zginiesz - powiedziałam bezsilna, na co potrząsnął głową i błagalnie na mnie popatrzył. Wzięłam wdech i wydech, po czym spojrzałam na niego bez emocji. Pewnie myślał, że się rozmyśliłam, albo, że pozwolę mu umrzeć.
- Wolę zginąć niż być wampirem - powiedział z obrzydzeniem, na co się słabo uśmiechnęłam. Ponownie nagryzłam nadgarstek i szybko przystawiłam mu go do ust. Szarpał się, wyrywał. W końcu upił odpowiednią ilość, więc zabrałam rękę.
- Przepraszam - wyszeptałam i jednym ruchem skręciłam zaskoczonemu chłopakowi kark.

Cofnęłam się o kilka kroków, wpadając na stół, którego lekko się garbiąc podtrzymywałam.

- Coś ty zrobiła? - warknął na mnie i próbował przygnieść do ściany. Jednym ruchem ręki, obezwładniłam go i sama popchnęłam go na mur. Nawet, jako wampir nie miał ze mną najmniejszych szans.
- Uratowałam ci życie - syknęłam, po czym spojrzałam w jego oczy. - Nie ma innego wyjścia.

Wytrzeszczyłam oczy. Uratowałam go - pomyślałam roztrzęsiona.

- Stałeś w ciemnym zaułku - mówiłam prosto w jego oczy, które nie wyrażały zupełnie nic - Ktoś zaszedł cię od tyłu i nakarmił krwią, po czym skręcił kark. Upadłeś i straciłeś przytomność. Znalazłam cie martwego, ale nie mogłam znieść twojej straty. Nie wiesz kto cię przemienił, a ja myśląc, że nie żyjesz, uciekłam. Nienawidzisz mnie i nigdy więcej mnie nie zobaczyłeś - skończyłam i odsunęłam się. W chwili kiedy otworzył oczy, zniknęłam.

A potem zahipnotyzowałam, żeby nic nie pamiętał. Ale dlaczego ja nic nie pamiętałam?! I co najważniejsze, dlaczego on to pamięta, przecież moje hipnozy nie dało się przełamać.
- Co tu się dzieje? - usłyszałam, ale zupełnie jakbym była gdzieś pod wodą. Damski głos, który poznałam już wcześniej. Linlie.
- Faith była uparta, jak zwykle zresztą - oznajmił Nathan w chwili, kiedy ktoś do mnie podbiegł.
- Coś ty zrobił? - odezwał się męski głos za Nathan'em. Zmarszczyłam brwi, próbując się bardziej skupić.
- Przywróciłem jej wspomnienia - wzruszył ramionami, ale za nim ktokolwiek inny się odezwał, ja warknięciem zwróciłam na siebie uwagę. Najprawdopodobniej by mnie zignorowali, jednak tym razem tego nie zrobili, bo mój głos przypominał bardziej zwierzęcy głos.
- Jakbyście nie zauważyli, macie tu wygłodniałą hybrydę z wyłączonym człowieczeństwem - warknęłam na nich, podnosząc głowę - Tak tylko mówię - uśmiechnęłam się z przekąsem, wstając równo, chociaż nadal się chwiejąc.
- Myślałem, że teraz rzucisz mi się w ramiona - powiedział zdziwiony Nathan, kiedy skręciłam Marcel'owi kark i spojrzałam po wszystkich.
- Wiesz, co robiłam w czasach średniowiecza z książętami? - zapytała zachrypniętym głosem - Zjadałam ich.
- Mieliśmy rozmawiać o tobie i mnie, a nie o twojej diecie, Woodhope - oznajmił, posyłając znaczące spojrzenie w kierunku spokojnej Linlie.
- Nie obchodzisz mnie, Black - oznajmiłam, za nim się odwróciłam - I nigdy nie będziesz - warknęłam i w jednej chwili ktoś odrzucił mnie o przeciwległą ścianę. Jęknęłam, widząc w ścianie pęknięcie. Mruknęłam coś pod nosem, w jednej chwili wstając i ze zdziwieniem patrząc na osobę przede mną.
- Sarah?

*

- Sądziłam, że wyjechałaś z miasta - stwierdziła Katherine, jakimś cudem siedząc koło nich. Caroline pokręciła głową, czując, że dziewczyna coraz bardziej ją irytuje i im dłużej tam siedziały, tym bardziej Forbes miała ochotę ją zabić.
- Dlaczego miałabym to zrobić? - syknęła, jeszcze raz próbując uwolnić swoje ręce, jednak i to poszło na marne, a Care jęknęła z bólu, kiedy jej cierpienie się jeszcze powiększyło. Petrova ciężko westchnęła na jej starania. 
- No wiesz - zrobiła dzióbek, jakby się nad tym zastanawiała. - Kiedy dowiedziałaś się o ciąży mamuśki, musiałaś się nieźle wkurzyć. 
- Jakiej ciąży? Kogo? - Caroline chociaż raz przestała się szarpać i spojrzała podejrzliwie na wampirzyce, która uśmiechnęła się z triumfem.
- Hayley jest w ciąży - powiedziała z udawanym zdziwieniem, że Care o tym nie wie - Z Klaus'em - zaakcentowała. Przez chwile panowała grobowa cisza, z którą Caroline coraz to boleśniej zdawała sobie sprawę z nowych rzeczy. Musiała przyznać, że nie wiedziała, że to będzie aż tak boleć. Chociaż wiedziała, że nie była z Klaus'em to dowiedzenie się prawdy, bolało ją jak zdrada. Ale nagle coś ją uderzyło. 
- Nie prawda - oznajmiła zamyślona, czując jak po policzkach spływają jej łzy. I nagle zdała sobie sprawę, że były to łzy szczęścia.
- Myślisz, że kłamię? - prychnęła z rozbawieniem - Rozumiem, że się kochacie i takie tam, ale on cię zdradził. Przyznaj to w końcu.
- Hayley jest w ciąży z Tyler'em - oznajmiła bardziej do siebie.
- Jesteś naturalną blondynką? - zapytała - Bo jeśli jesteś, to by wyjaśniało dlaczego zaprzeczasz prawdzie - mruknęła.
- Nie, nie rozumiesz - oznajmiła, spoglądając na nią - Jeszcze za nim Klaus mnie zostawił w kawiarni, pytał mi się, dlaczego nie jestem z Tyler'em...
- Co to ma do ciąży? - zapytała przerywając mi ze znużeniem. Nudziła ją ta cała gadka o uczuciach, tym bardziej z Caroline, która wydawała się być uradowana jakimś faktem. 
- Tyler mnie zdradził - oznajmiła, nagle ciesząc się, że to zrobił.
- Wow, cieszysz się, że cie zdradził - powiedziała z udawanym podziwem - Przyznaj się, że mocno uderzyli cię w głowę.
- Dziewięć miesięcy temu! - wykrzyknęła z radością, na co Pierce pokręciła z politowaniem głową - z Hayley. Czyli ona jest w ciąży z nim.
Dla Katherine musiało minąć trochę czasu za nim zdała sobie sprawę, z sensu jej słów. Westchnęła i oparła głowę o rurę. 
- Może masz rację - oznajmiła, nie mając siły na kolejne kłótnie. 

*

- Czyli co? - rozpoczęła rozmowę Rebekah siedząc z braćmi i swoim chłopakiem w salonie. Kol jako jedyny z nich postanowił się wcale odzywać. Pochylił głowę, którą schował w dłoniach i jedynie jego rodzeństwo zdziwiło się na jego reakcję. Każdy z jego rodziny wiedział, że Kol Mikaelson jeszcze nigdy nie przejął się czyimś losem tak bardzo, jak w tej chwili. - Wszystkie trzy zniknęły? Od tak?
Nikt się nie odezwał. Wszyscy w milczeniu zajęci byli swoimi myślami. Klaus tępo patrzył przed siebie, planując już zemstę na tym, kto porwał Caroline. JEGO Caroline. Nie potrafił nawet sobie wyobrazić życia bez niej i w tym nieoczekiwanym momencie trafiło do niego, że nie ważne co miałby zrobić, odzyska ją.
O tym samym myślał także Stefan, poważnie martwiąc się o przyjaciółkę, która tak wiele razy mu pomagała.
Elijah nie martwił się o Katherine aż tak jak jego bracia o pannę Bennett i Forbes. Wiedział, że jego była dziewczyna była w o wiele gorszych sytuacjach i, że na pewno nic jej nie jest. A przynajmniej tak sobie wmawiał. Wiedział jako jedyny, że trzeba było zachować spokój i wymyślić jakiś plan.
- Ktoś je porwał - warknął na siostrę Klaus, wstając i zaczynając chodzić w tą i z powrotem, dotykając jedną ręką czoła i masując je. Salvatore podniósł na niego wzrok.
- Skąd niby mamy wiedzieć kto? - zapytał bezradny. Mikaelson gwałtownie stanął w miejscu i spojrzał po wszystkich, którzy skierowali na niego wzrok.
- Znam kogoś, kto nam pomoże - oznajmił z cwanym uśmieszkiem, a wszyscy wlepili w niego wzrok.

*
___________________________________________________
Miałam zmienić szablon, odmienić zakładkę bohaterowi i nie zrobiłam niczego i dlatego z góry przepraszam. A Wy co myślicie? Zmienić szablon, czy zostać przy tym co jest teraz? No i co myślicie o rozdziale? Muszę Wam z góry powiedzieć, że nie mam pojęcia kiedy pojawi się nowy :(

wtorek, 3 lutego 2015

Rozdział Dwudziesty Piąty

Bonnie miała już wstać i podejść do tablicy, kiedy po całej szkole rozległ się alarm. Nauczyciel spojrzał po wszystkich i zdziwiony podszedł do drzwi otwierając je i patrząc na korytarz. Wszyscy zaczęli wychodzić z sal, więc pan Grey kiwnął na uczniów z małym uśmiechem, po czym skierował wzrok na mulatkę.
- Najwidoczniej nie jest nam dane, skończyć tej lekcji - powiedział i otworzył drzwi na oścież. Wszyscy zaczęli podnosić się z miejsc i z uśmiechami na twarzy, wychodzili z klasy. Jedynie Bennett zatrzymana, została przez chłopaka, który po raz kolejny złapał ją za ramię. Mulatka zacisnęła zęby, czuła się tak samo jak po przednio. Wyrwała czym prędzej ramie i spojrzała na niego z przymrużonych powiek.
- Dasz zaprosić się na kawę? - zapytał z uśmiechem, którego dziewczyna nie mogła zrozumieć. Zlustrowała go wzrokiem i zdała sobie sprawę, że Caroline na pewno się na nią za to nie obrazi. W końcu chodzi o chłopaka, a kiedy chodzi o tego typy sprawy, Care potrafi być bardzo wyrozumiała. 
- Mam do zrobienia historię - mimo wszystko próbowała się wykręcić. Nie znała go, ale coś ją do niego ciągnęło. Tyle, że w tym złym znaczeniu. Czuła się przy nim zagrożona.
- Z chęcią ci pomogę - powiedział, poprawiając plecak i odważnie patrząc jej w oczy. Czarownica wzięła wdech i wydech i stwierdziła, że lepszy jest dzień w towarzystwie Kai'a niż w samotności.
- Skoro nalegasz - zgodziła się, odwzajemniając w końcu gest i uśmiechając się nieśmiało. Kai spojrzał na nią zwycięsko i razem wyszli z sali. 

*

- To jest ten sławny Nowy Orlean? - prychnęła kobieta, patrząc z pogardą na budynki i lokale, przechodząc jednak bez komentarza obok zamkniętego baru "Rousseau". James tylko obserwował z boku jak jego partnerka idzie.
- Może jednak nie tak sławny, jak się wydaje - usłyszeli obelgę Nathan'a, który uśmiechał się pod nosem. Gerard tylko czekał, aż spotka gdzieś Faith. Tęsknił za nią bardziej niż kiedykolwiek i możliwe, że był lekko nią zawiedziony. Szczególnie nie rozumiał dlaczego wyłączyła człowieczeństwo. Przecież Woodhope zawsze znajdowała inną drogę, zawsze. Bez względu na wszystko.
- Gdzie ona jest? - zwróciła się ostro do Marcel'a i zaczęła się rozglądać po ulicy. Nigdzie nie mogła wypatrzeć, a co więcej nawet nie wiedziała jak dziewczyna wygląda. Ciemnoskóry stwierdził, że najlepiej byłoby po nią zadzwonić, ale był pewien, że Faith nie odbierze.
- Nie wiem - odparł z powątpiewaniem i zwrócił głowę w stronę Black'a, który wzrokiem przewiercał jednego z przechodniów. W końcu spojrzał na niego, ale po chwili znowu wlepił wzrok w kogoś innego.
- Zadzwoń do niej - powiedział swobodnie, zwracając ich uwagę - Od ciebie odbierze - powiedział jakby do siebie.

*

Klaus czekał na Craoline pod szkołą, jednak kiedy blondynka tylko go zauważyła, zaczęła iść w drugą stronę. Nadal męczyły ją słowa hybrydy i zastanawiała się czy teraz do niej nie zadzwonić i nie dowiedzieć się prawdy. W końcu nie może być gorsza od wiecznej świadomości, że Tyler ją zdradził z inną. 
Szybko przeszła przez ulicę, ale raptownie się zatrzymała, kiedy ujrzała przed sobą Pierwotnego. Miała nadzieje, że nie będzie tak natrętny jak Kol, którego z kolei musi znosić Bonnie. 
- Czego chcesz? - warknęła na niego niemiło, spod przymrużonych powiek widziała jak się uśmiecha. Nie rozumiała jego wytrwałości. Inni chłopacy już po pierwszej próbie by się poddali, ale on? On jakby był na nią odporny. 
- Porozmawiać - odparł, przybliżając się, jednak dziewczyna nieufnie się odsunęła. Poprawiła nerwowo torbę, po czym włosy i spojrzała na niego wściekła. 
- Przecież rozmawiamy - powiedziała głupio, po chwili w myślach się karcąc. Dlaczego nadal stała tu, kiedy w każdej chwili mogła stąd zniknąć? Sam uśmiech Mikaelsona irytował ją do tego stopnia, że miała ochotę go walnąć.
Prychnęła i z zamiarem wyminięcia go i pójścia do domu, ruszyła przed siebie. Niestety, wampir szybko ją dogonił. Cieszył się, że jego ukochana postanowiła przeprowadzić się do Nowego Orleanu, jednak zasmucał go fakt, że nic mu o tym nie powiedziała. Chociaż mimo wszystko chyba bardziej był zły na siebie, choć nie miał pojęcia dlaczego.
- Daj się zaprosić na drinka - błagał. Caroline spojrzała na niego jak na idiotę. Klaus Mikaelson błagał? Coś musiało być serio na rzeczy, jednak Care tłumaczyła to sobie zupełnie inaczej. Na pewno w rzeczywistości była tylko kolejną naiwną zabaweczką, bo niby czym innym? 
- Jeśli się zgodzę - zaczęła, stając i wzdychając - dasz mi spokój? - spytała z nadzieją. 
U Klausa zapaliło się małe światełko nadziei. 
- Niczego nie obiecuje - powiedział po chwili, na co Forbes wyrzuciła oczy do góry i pokręciła głową. Po jakie licho, godziła się na ten wyjazd.
- Zgoda - poddała się, ale udała, że nie widzi jego uśmieszku. 

*

Bonnie z wahaniem, chwyciła kubek z gorącą kawą i upiła łyk. Kai za to wyciągnął z torby książkę i kiedy, Bennett odstawiła napój, podsunął jej długopis. Mulatka uśmiechnęła się z wdzięcznością i wyciągnęła swój zeszyt, otwierając na odpowiedniej stronie i patrząc na starą kartkę z pytaniami.
1. Kiedy powstał Nowy Orlean?
2. Kto założył Nowy Orlean?
3. Wymień dwie legendy Nowego Orleanu.
4. Co warto zobaczyć w Nowym Orleanie?
5. Najstarszą częścią miasta jest....?
6. Kim jest Marcellus Gerard?
Westchnęła i spojrzała na czarnowłosego.
- Więc... - zaczęła niepewnie, widząc jego uśmiech - Kiedy powstał Nowy Orlean? - zapytała, pijąc kolejny łyk ciemnej kawy. Kai zacisnął usta w cienką linię i również westchnął.
- Gdzieś w 1718 roku, przez tego... - zastanowił się przez chwilę. po czym spojrzał wymownie na czarownicę, która spojrzała w bok, nagle sobie o czymś przypominając. No jasne, przecież to Mikaelson'owie założyli to miasto... Ale przecież tego nie napiszą, nie?
-  Jeana-Baptiste'a Le Moyne de Bienville'a - z niemałym trudem wymówiła jego imię i nazwisko, krzywiąc się na jego długość. W końcu lekcje historii jakoś się przydały. Szybko nakreśliła tych kilka słów, i spojrzała na pytanie numer trzy.
- Dwie legendy Nowego Orleanu? - spojrzał na nią.
- Znam tylko o Kacie z Nowego Orlanu - powiedziała, przypominając sobie, jak z Caroline sprawdzały miasto w internecie i różnych książkach.
- A ja o Madame Delphine LaLaurie - zaakcentował ostatnie słowa, na co Bonnie podniosła na niego zdziwiona głowę. - Torturowała swoich niewolników, eksperymentowała na nich... - mówił, na co Bennett potrząsnęła głową, słysząc w jaki sposób Kai o niej mówi.
- Okej! - uciszyła go szybko, nie chcąc znać dalszej części. Napisała te nazwy i z westchnięciem spojrzała na resztę pytań.
- Co warto zobaczyć? - przeczytał, po czym zaśmiał się - Na pewno ten stary cmentarz wiedźm - powiedział do dziewczyny, która zainteresowana zmarszczyła brwi.
- Cmentarz? - spytała, pisząc na kartce tą nazwę, po czym znowu patrząc na Kai'a i dopiero teraz zauważyła, że jego wyraz twarzy, bardzo przypominał jej wyraz twarzy mordercy. I do dosłownie.
- No wiesz, ludzie gadają, że czarownice odprawiają tam swoje czary-mary - wyjaśnił ze śmiechem.
- Wierzysz w to? - zapytała ni stąd, ni zowąd, nie patrząc na niego.
- Czemu nie? - zapytał - W końcu to Nowy Orlean - powiedział. Bonnie powiedziała coś cicho, po czym przeczytała kolejne pytanie i kolejne, które zrobili zaskakująco szybko, ale utknęli na jednym.
- Kim jest Marcellus? - zapytała Bonnie, spoglądając na niego. Wzruszył ramionami i oparł się o oparcie krzesła.

*

- Nigdzie jej nie ma - powiedziała Rebekah, po raz kolejny powtarzając to zdanie. Elijah westchnął i opadł zmęczony na fotel, w tej samej chwili słysząc jak drzwi otwierają się, a do środka wpada czarnowłosy. Dopiero po chwili Bkeah rozpoznała w nim Jackson'a. 
- Co ty tu robisz? - zapytał Mikaelson, patrząc na niego, siląc się na uprzejmy i spokojny głos. Wilkołak spojrzał na niego wywracając oczami. Już wiedział, że nikt im nie powiedział. 
- Szukacie Hayley? - spytał, po czym prychnął - Oczywiście, że tak - powiedział do siebie.
- Czego tu szukasz, kundlu? - warknęła na niego blondynka, nie mogąc się powstrzymać. Chłopak zmrużył oczy, kręcąc głową. Chwilę później, jednak wylądował z hukiem na podłogę.
- Ech... - uśmiechnęłam się - Wilki są zawsze takie przewidywalne - spojrzałam na wampiry, które ze zdezorientowaniem spoglądały na mnie.
- Co do cholery? - Rebekah się do mnie przybliżyła, tak, że całkowicie patrzyła mi w oczy. 
- Nasza Hay, postanowiła udać się na wakacje - poruszyłam znacząco brwiami i spojrzałam na Elijah'ę - Ze swoim wilczkiem - zaśmiałam się podle.
- Czego tu szukasz? - syknęła Pierwotna, widząc reakcję swojego brata. 
- Niczego szczególnego - wskazałam na Jackson'a - Ten oto pan, chciał wyjawić kogoś bardzo ważny sekret. - wyjaśniłam miło się do niej uśmiechając i wkładając ręce do kurtki.
- Kogo? - uśmiechnęłam się tajemniczo, na co ona skrzywiła się z obrzydzeniem. 
- W każdym razie - kontynuowałam, odrywając od niej szybko wzrok i na nowo mówiąc wesołym głosem - Powiedzie mi gdzie jest Bonnie - rozkazałam. Elijah spojrzał na mnie nie rozumiejąc pytania, za to Rebekah kręcąc głową, usiadła na kanapie. 
- Nie mam pojęcia - powiedziała, wzruszając ramionami - Spytaj Kol'a, to on się w niej buja - mruknęła ciszej. Wzięłam głęboki wdech, wyciągając dłonie z kurtki i patrząc na nich ze zirytowaniem.
- Sprawa jest prosta - oznajmiłam - Albo powiecie mi gdzie ona jest, albo Stefan i Katherine na tym ucierpią - cmoknęłam z uśmiechem. Rebekah zmierzyła mnie wzrokiem.
- Kol! - zawołała go z wyrazem, prawdziwej chęci mordu. Jej brat zjawił się koło nas, dopiero po kilku minutach.
- Znowu ty - mruknął, wywracając oczami. Przez chwilę przemknęło mi przez myśl, że nieźle wdał się za siostrę.
- Gdzie Bennett? - zapytała, odwracając się do niego i ponaglając wzrokiem, co on skwitował prychnięciem i wytrąceniem mnie z równowagi, co dobrze ukryłam pod maską złudnego spokoju.
- Dlaczego chcesz wiedzieć? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Mamy wiele tematów do obgadania  - wzruszyłam ramionami, uśmiechając się sztucznie - Takie tam babskie sprawy.
- Powinna być na uniwersytecie - stwierdził po chwili wahania, uśmiechnęłam się z wdzięcznością, ale kiedy już szłam w stronę drzwi, chwycił mnie mocno z ramie. - Wymień jeden.
- Potrzebuję jej - wyrwałam rękę i poszłam dalej, ale za nim wyszłam krzyknęłam - Tak na marginesie, Elijah. I tak zmierzam zabić Katherine! - uniosłam zadziornie jeden kącik ust i zniknęłam.

*
Fighter
- Utknęliśmy na tym - stwierdziła Bonnie, wdychając i opierając głowę o dłonie, smętnie patrząc na gorącą kawę, przed nią. Kai popatrzył na nią przez chwilę, co kilka minut patrząc na zeszyt. Zmrużył oczy, kiedy dziewczyna z rezygnacją schowała notes do torby. 
- Poddałaś się? - zapytał śmiejąc, na co Bennett westchnęła i pokręciła głową, również się uśmiechając. 
- Poszukam w bibliotece - wzruszyła ramionami, dopijając napój, ale w następnej chwili omal się nim nie zachłysnęła.
- Bonnie, jaka miła niespodzianka - usłyszała za sobą. Przeklęła Boga i spojrzała przepraszająco na Kai'a, który wyraźnie zaintrygowany spoglądał na Pierwotnego. Mulatka zacisnęła zęby, kiedy Kol usiadł koło nich, przysuwając sobie krzesło. 
- Nie mogę powiedzieć tego samego - mruknęła najciszej jak mogła, po czym szybko zwróciła wzrok na czarnowłosego - Pójdę do biblioteki, może coś znajdę - uśmiechnęła się, na co Mikaelson wywrócił oczami. 
- Nie ma sprawy - Kai również wstał udając, że nie ma w pobliżu Kol'a - Po za tym, spotykamy się jutro w szkole, prawda? - szepnął jej do ucha, kiedy był przy niej i lekko musnął jej ramie dłonią, na co później się wzdrygnęła i poczuła jakąś iskierkę. Bolesną. 
- Nowy chłopak? - zapytał wampir, co dziewczyna skwitowała morderczym spojrzeniem.
- Nie twój interes - zaakcentowała szybko, po czym udała się w stronę wyjścia, niefortunnie jednak zatrzymana przez wampira, który stanął jej na drodze.. Zatrzymała się niechętnie, poprawiając nerwowo torbę. Miała już taką nadzieję, że może jednak odpuścił, a tu nagle zjawiał się w kawiarni.
- Jednak mój - powiedział, po czym chwycił ją za ramie - Idziesz ze mną - oznajmił, ciągnąc ją  stronę wyjścia. Mimo iż była zaskoczona, nie opierała się. Do czasu, kiedy zorientowała się z kim rozmawia.
- Zaraz co? - warknęła, po czym wyrwała rękę, stając na środku chodnika - Gdzie niby? 
- W bezpieczne miejsce - spojrzał na nią ponaglająco, rozglądając się czy czasem ktoś nie idzie. Brunetka zmarszczyła brwi. 
- Od kiedy dbasz o moje bezpieczeństwo, Kol? - zapytała niemiło, na co wywrócił oczami i wziął głęboki wdech.
- Od kiedy jesteś jedyną osobą, w tym durnym mieście, która nie chce mnie martwego - odpowiedział pośpiesznie, chwytając ją i nie pozwalając już nic powiedzieć, gdyż w wampirzym tempie zniknęli.

*
Usiadłam na stole i chwyciłam szybko butelkę, która miała dosyć zachęcającą nazwę. Z łatwością otworzyłam ją i upiłam pierwszego łyka, po chwili niestety słysząc, że ktoś idzie w stronę głównego wejścia. Zmarszczyłam brwi, bo myślałam, że nikogo tu nie ma. Marcel podobno zmył się dzień temu lub dwa. Wzruszyłam ramionami i zeskoczyłam ze stolika, w jednej chwili wyczuwając dziwny powiew wiatru.
Chwilę potem moim oczom ukazały się cztery postacie i bynajmniej jedną tylko rozpoznałam od razu. 
- Faith? - odezwał się zaskoczony moją obecnością Marcel, na co wywróciłam oczami i odstawiłam niechętnie butelkę. Odrzuciłam włosy do tyłu i spojrzałam na niego z politowaniem.
- Nie, wiesz, Sherlock Holmes - prychnęłam z pogardą, na co się skrzywił - Nie łudź się, że podczas twojej nieobecności włączyłam ten przycisk - zademonstrowałam, po czym spojrzałam na drugiego chłopaka.
- Zupełnie inna niż matka - odezwała się kobieta, przechylając głowę. Uśmiech natychmiast zszedł z mojej twarzy, a zastąpiła go obojętność. 
- Nie znasz jej - warknęłam, z mrożącym krew w żyłach wzrokiem, po chwili z niepewnością spoglądając na pozostałych. Cofnęłam się o krok, ale napotkałam coś twardego, jak się okazało, ktoś zaszedł mnie od tyłu.
- Och, uwierz znam bardziej od ciebie - powiedziała z nutką pewności siebie, po chwili poczułam, że ktoś kopie mnie w tył, więc upadłam na kolana czując, że ktoś chwyta mnie za oba nadgarstki. 
- Co do... - spojrzałam na nich ze wściekłością. 
- Myślałam, że jesteś silniejsza - powiedziała zdziwiona, jak szybko mnie obezwładnili. Zamknęłam oczy na chwilę, po czym otworzyłam i zacisnęłam dłonie w pięści.
- Dobrze myślałaś - warknęłam, po sekundzie mocno chwytając jak się okazało Marcel'a i rzucając o przeciwległą ścianę, po czym wróciłam do drugiego chłopaka, przygwożdżając go do muru i patrząc żółtymi tęczówkami na jego twarz. 
- Nathan... - wyszeptałam, zmieniając swój wyraz twarzy na zdziwiony, ale zaraz oprzytomniałam i ze zwinnością skręciłam mu kark. Upadł, a ja obróciłam się w ich stronę. 
- Zwykle nie jesteś taka agresywna - stwierdził po chwili Gerard, zbierając się z podłogi.
- Kim jesteś? - warknęłam na kobietę, nie zaszczycając jednym spojrzeniem mężczyzny.
- Linlie Woodhope - zastygłam bez ruchu - Siostra twojej matki, Faith - zwróciła się do mnie z powagą i nadzieją. Po minucie odzyskując głos i swój dawny wyraz twarzy, podeszłam do niej.
- Powiem ci sekret - wyszeptałam jej koło ucha - Ja nie mam matki - ruszyłam do wyjścia, chcąc jak najszybciej wydostać się z tego budynku.

*
- Dwa razy burbon - zamówił Klaus, patrząc jak Caroline siada obok niego. Kiedy przyniesiono drinki, Care jak najszybciej porwała w dłoń, swoją szklankę i upiła połowę, ale spojrzała podejrzliwie na Pierwotnego.
- Co? - zapytała, trochę ostrzej niż zamierzała, odkładając z hukiem naczynie i spoglądając na blondyna. Mikaelson pokręcił głową, uśmiechając się przy tym.
- Nie przypuszczałem, że będziesz tu studiować - wyznał po chwili, śmiało patrząc jej w oczy, kiedy nieznacznie się poruszyła.
- Cóż, ja chciałam wyjechać gdzieś indziej - przyznała w końcu, poprawiając szybko włosy - Bonnie uparła się na Nowy Orlean - wzruszyła ramionami, czując jak napięcie opada. Cieszyła, że mimo wszystko nadal da się z nim normalnie rozmawiać,
- Dlaczego? - zapytał, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej w tak krótkim czasie, bo przypuszczał, że prędzej czy później powie coś co urazi dziewczynę.
- A skąd ja mam to wiedzieć? - burknęła w końcu, po czym uśmiechnęła się sama do siebie, nagle o czymś sobie przypominając - Czy Kol, zajął się czymś po za miastem? - zapytała, nie patrząc na niego. Klaus ukrył zażenowanie tym, że Forbes zmieniła temat na jego brata i nieznacznie się skrzywił.
- Z tego co wiem, nie ruszał się z miejsca - odpowiedział powoli, na co Caroline westchnęła i ponownie upiła łyk ze szklanki.
- Ja wiedziałam, że ten dureń nic nie zrobi - mruknęła do siebie, wywołując ponowny uśmiech na twarzy Pierwotnego.
- Słyszałem, że zerwałaś z Tyler'em - zmienił znowu temat, tym razem subtelnym i przebiegłym uśmieszkiem. Panna Forbes zmierzyła go morderczym spojrzeniem.
- Skąd o tym wiesz? - zapytała niemiło, obracając się w jego stronę. Albo był to przypadek, albo Klaus i Faith się zmówili, bo nagle wszyscy przypominają sobie o Tyler'ze.
-Pewien ptaszek mi wszystko wyśpiewał - mrugnął do niej, na co wywróciła oczami - Więc, dlaczego nie jesteście razem?
- Och, a tego ci ptaszek nie wyśpiewał? - rzuciła z ironią, co Klaus skwitował surowym spojrzeniem - Zdradził mnie - mruknęła niechętnie, na co Pierwotny nagle zastygł w bez ruchu. W myślach odtworzył sobie niedawne spotkanie z Woodhope.
- Caroline - zaczął powoli - Kiedy i z kim? - spytał z powagą, powoli czując jak narasta w nim gniew, co szybko zauważyła blondynka.
- Z Hayley - oznajmiła szybko - Z dziewięć miesięcy temu... - nie zdążyła powiedzieć niczego więcej, gdyż wampir natychmiastowo wstał, niemal przewracając krzesło. - Klaus, co jest? - zaniepokoiła się.
Mikaelson spojrzał na nią wściekły.
- Caroline, nie wściekaj się, ale muszę iść - powiedział tylko, po czym zostawiając dziewczynę w osłupieniu, wybiegł z baru. Forbes pokręciła oburzona głową.
- Że niby jak, ja mam się nie wkurzać? - mruknęła do siebie zła.

*

Bonnie otworzyła oczy i rozejrzała dookoła. Przed sobą ujrzała Kol'a i gdyby tylko mogła, uderzyłaby go w twarz z liścia. Niestety wiedziała, że i tak by go to nie ruszyło. Chwilę zajęło jej rozpoznanie pokoju i poskładanie wszystkiego do kupy. Kiedy ostatnio tu była, nie doszła aż tak daleko, ale doskonale znała ułożenie mebli, które powtarzało się w każdym z pomieszczeń.
- Powiedz mi, że to nie jest twój pokój - jęknęła, odsuwając się od niego o kilka kroków. Sypialnia była w odcieniach brązowego i niebieskiego, co było zupełnie nie podobne do niego. Myślała, że będzie bardziej wchodził w czerwony.
- Jeśli powiem, że nie - zaczął, nie próbując nawet się do niej zbliżyć - Nie użyjesz na mnie swoich magicznych sztuczek? - zapytał z uśmiechem. Bennett uśmiechnęła się do siebie i spojrzała na niego, podnosząc lekko prawą dłoń.
- Dzięki, że mi o nich przypomniałeś - mruknęła, co wywołało na jego twarzy coś na wzór przerażonego uśmiechu.
- Nie mówisz poważnie - powiedział z obawą, widząc w jej oczach dziwne iskierki. Mulatka zaśmiała się, po czym poważnie na niego spojrzała.
- Och, mówię - warknęła, sprawiając, że odleciał na drugą stronę, uderzając w nią z impetem. Osunął się po niej z jękiem, patrząc na nią. Musiała być na serio wkurzona.
- Ale po co te nerwy? - syknął z bólu, kiedy wygięła rękę tak, że kolana się pod nim ugięły.
- Najpierw wtrącasz się w moje prywatne sprawy - syknęła - W MOJE życie, następnie rujnujesz mi dzień i odstraszasz Kai'a. I ty się jeszcze pytasz, po co te nerwy?! - krzyknęła na niego sprawiając, że  wrzasnął z bólu. Zmrużyła brwi i kiedy myślała, że się poddał, w jeden chwili wylądowała w jego łóżku, pod nim. - Puszczaj! - warknęła widząc, że trzyma ją za nadgarstki.
- Puszczę cię, jeśli obiecasz, że nie połamiesz mi kolejnych kości - Bonnie przez chwilę się w niego wpatrywała, po czym kiwnęła głową. Ostrożnie poluźnił uścisk, po czym całkowicie ją puścił.
- Auć! - warknął, kiedy odleciał znowu i trafił w ścianę - Obiecałaś!
- Kłamałam - warknęła, znowu przygnieciona do materacu. - Czego chcesz, ty chory psychicznie idioto?! - starała się wyrwać z jego uścisku. Mikaelson wywrócił oczami.
- Staram się utrzymać cię przy życiu - powiedział powoli, chcąc jeszcze coś dodać, kiedy zauważył, że ktoś wchodzi do pokoju.
- Nie wiedziałam, że przyprowadziłeś dziewczynę - usłyszał, za nim poleciał na ścianę. Mulatka natychmiastowo wstała i otrzepała się, jakby chciała zrzucić z siebie jego zapach.
- Nie przyprowadził - warknęła na Rebekhę - Uprowadził - rzuciła wściekła, rozmasowując dłonie. Blondynka spojrzała na niego, po czym cmoknęła.
- No widzisz, braciszku? - uśmiechnęła się do niego złośliwie - Żeby zdobyć dziewczynę, musisz ją porywać. Nick powinien się od ciebie uczyć - Kol pokręcił z dezaprobatą głową, po czym wstał.
- Jesteś tu by mi dokuczać czy w innym celu? - zapytał, patrząc na pozostałości z mebli, które jeszcze godzinę temu wyglądały całkiem dobrze.
- Och, chciałam ci tylko oznajmić, że będzie bal - powiedziała, mierząc wzrokiem dziewczynę - Na który zapraszam wasze ukochane, więc miło by było, gdybyś się na nim pojawił - oznajmiła znacząco patrząc na mulatkę, po czym wyszła z sypialni. Bonnie chwyciła natychmiast jeden z odłamków drewna i szybko wbiła go w klatkę piersiową Pierwotnego, na co on jęknął.
- Za co to?! - zapytał, wyciągając kołek.
- Ukochana!? - wrzasnęła na niego - Czy tobie kompletnie odbiło!? - warknęła, na co Kol westchnął.

*


- Co to jest? - zapytał Sam, kiedy zauważył w ręku dwie koperty. Dean spojrzał na niego, po czym podał mu jedną, a swoją otworzył. Szatyn przeczytał szybko zawartość, odłożył papier i usiadł w fotelu.
- Zaproszenie - powiedział, kiedy doczytał swoje, obracając kopertę i patrząc na ozdobnie napisane imię. - Chociaż najwidoczniej nie znają naszego nazwiska.
- To nie czas na żarty - syknął Sam i zgniótł zaproszenie, wrzucając je do kosza. Był pewien, że i tak go nie potrzebował.
- Oczywiście, że nie - przyznał - Po za tym nie zamierzasz tam iść, nie? - wstał z łóżka i podszedł do drzwi, naciskając już klamkę.
- Tam będzie Bonnie - powiedział pewnym siebie głosem, uśmiechając się pod nosem.
- Nie wolno ci jej znowu skrzywdzić - oznajmił od razu Dean wiedząc, że musi chociaż spróbować odwieść go od jego pomysłu.
- Mogę i to zrobię - powiedział twardo - A ty nic nie możesz z tym zrobić - uśmiechnął się, po czym wymijając go wszedł do łazienki. Szatyn pokręcił głową, ale sam nie wiedział do teraz zrobić.

*


Lost and Secret wraca do gry. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że mam tak dużo tych opowiadań, że już sama się gubię, które pisać pierwsze. Padło na L.A.S. więc wiecie... Czas zabrać się do roboty i pozabijać kilku bohaterów. Nie chcę tego robić, naprawdę, ale czasami trzeba. Po za tym mamy Mikael'a w mieście, który nadal się ukrywa... No w sumie, po prostu jest zajęty planowaniem zacnie bystrego planu, który bardzo, ale to bardzo będzie krwawy. Heh, taki spoiler :D 
I mamy bal! Kto nie kocha bali? No, na pewno Mikaelson'owe, w szczególności Bekah. 
Pozdrawiam i trzymajcie się
Julie <3

Obserwatorzy